Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie

17.09.2011
sobota

Dzień dobry, panie Courbet!

17 września 2011, sobota,

Gustaw Courbet (1819-1877) był prawdziwym skandalistą – przy jego życiorysie wybryki wszelkich mandaryn i innych cytrusów wydają się być dziecinadą. Jego płótno Le Sommeil, przedstawiające dwie nagie, obejmujące się kobiety, było tak niestrawne dla współczesnych mu Paryżan, że marszand, który ośmielił się umieścić je w swej galerii, musiał tłumaczyć się policji za obrazę obyczajów. Inny obraz, L’Origine du Monde, wyobrażający wiernie żeńskie genitalia, był jeszcze bardziej odważny; po raz pierwszy wystawiono go publicznie dopiero w 1988 roku. Dodajmy do tego, że Courbet był narcyzem, arogantem, zwolennikiem komunistów i pijakiem…

Dla mnie Courbet jest jednak ciekawy z innego powodu – jego obraz Bonjour, Monsieur Courbet!, jest znakomitym punktem wyjściowym do dyskusji o statusie artysty – dziś i w przeszłości.

Źródło: Wikimedia

Courbet przedstawił sam siebie z prawej strony obrazu. Jak widać, wybrał się na spacer poza Paryż, najpewniej po to – jak można wnioskować ze sztalug i pędzli zarzuconych na plecy – żeby namalować jakiś pejzaż albo scenkę z życia francuskiej wsi (ileż można rysować nagie kobiety!). Z drugiej strony płótna stoi Alfred Bruyas – bogacz, przemysłowiec, a przy okazji jeden ze sponsorów Courbeta – i jego służący.

Bruyas jest wyprostowany jak struna, zapięty pod szyję – a Courbet wyluzowany, nonszalancki, z bezczelnie zadartą i przekrzywioną głową, spoglądający na spotkanych mężczyzn z mieszanką rozbawienia i pogardy. Bruyas zdjął rękawiczkę z prawej ręki, zapewne po to, żeby przywitać sie z malarzem – ale on nie odpowiada na ten gest. Z kolei służący Bruyasa jest tak dalece speszony spotkaniem z wybitnym artystą, że wbił wzrok w ziemię.

Przesłanie tego obrazu jest proste do odczytania, a jednocześnie nieco zaskakujące. Courbet zdaje się mówić – to ja tu jestem artystą, ja tu jestem ważny, a ty, sponsorze, nie marnuj lepiej mojego czasu i daj mi pracować w spokoju; nie mamy co strzępić języków, i tak mnie nie zrozumiesz.

Artysta jest w końcu człowiekiem szczególnym, do którego należy zwracać się z należytą rewerencją i szacunkiem. On sam jednak nie musi wcale dbać o dobre maniery – wręcz przeciwnie, powinien swoimi dziełami prowokować albo wręcz szokować, poszukiwać nowych rozwiązań, wyznaczać nowe standardy. Jeśli publika nie rozumie jego zamiarów – tym gorzej dla publiki; jeśli patron nie przyjmuje dzieła z bezkrytycznym zachwytem – jest ignorantem i filistrem.

Oczywiście, relacje na linii artysta-odbiorcy nie zawsze tak wyglądały. Kiedyś malarz czy rzeźbiarz był uważany za normalnego zjadacza chleba, który zarabia na życie tak jak każdy inny rzemieślnik – tyle, że pędzlem albo dłutem, raczej niż motyką czy młotkiem.W drugiej połowie XIX wieku sposób, w jaki postrzegano artystów, i, co równie ważne, jak artyści zaczęli postrzegać samych siebie, uległ gwałtownej zmianie. Niektórzy, jak Meissonier, stali się istnymi celebrytami; inni, jak Manet, postanowili zignorować gusta publiki, iść pod prąd, podążając za własnym instynktem – nawet, jeśli miało to oznaczać wieczne problemy finansowe i ciągłe szyderstwa. Jeszcze inni, tak jak Courbet, wręcz lubowali się w obrażaniu popularnego gustu, tworząc dzieła, których nie odważono się pokazać publice przez następne stulecie.

Na przełomie XIX i XX wieku artyści byli już uważani nie za utalentowanych rzemieślnków, ale za geniuszy i wieszczy, ludzi, którzy wyznaczają nowe trendy, zamiast podążać wytartymi ścieżkami, którzy pokazują ludziom niewygodne prawdy, prowokują i stymulują do przemyśleń. Tak się składa, że w tym samym okresie tworzono podwaliny archeologii antyku: wtedy właśnie działali Adolf Furtwaengler, Franz Studniczka czy John Beazley. Archeolodzy zawsze widzą przeszłość poprzez pryzmat epoki, w której żyją – nic zatem dziwnego, że ci wybitni naukowcy postrzegali rozwój sztuki antycznej jako lustrzane odbicie procesu, który zachodził w tym czasie w Europie.

Ci archeolodzy i ich uczniowie skupiali się więc na identyfikowaniu dzieł wielkich mistrzów i ich wpływu na bieg historii sztuki – nie zwracając uwagi na to, że zasadniczym celem antycznego artysty nie było wytyczanie nowych ścieżek, tylko produkowanie dzieł, które odpowiadały konkretnym potrzebom klienteli. Innymi słowy, w przeciwieństwie do Fontanny Duchampa czy wypatroszonych rekinów Hirtsa, starożytna sztuka miała charakter przede wszystkim utylitarny.

Artyści antyku mieli swoje manieryzmy i preferencje, zdobywali sławę, rozwijali wizje tego, jak tworzyć sztukę – ale ich zasadniczym celem było odpowiedzenie na potrzeby odbiorcy, a nie zaszokowanie go czy przetarcie nowego szlaku; nie było l’art pour l’art. Jakkolwiek piękne rzeczy tworzył, artysta nadal musiał pracować, ubrudzić sobie ręce – a to, przynajmniej u elit, budziło niesmak. Nie oznacza to rzecz jasna, że Grecy i Rzymianie nie potrafili docenić dobrego dzieła – nie uważali jednak, żeby jego twórca był kimś nadzwyczajnym, zasadniczo innym niż garncarz czy szewc.

Zresztą, oddajmy głos samym starożytnym. Lukian, Somnium 6-9: “Nawet jeśli zostaniesz Fidiaszem czy Polikletem, wszyscy będą zachwycać się twoimi dziełami…ale nikt nie będzie chciał być jak ty. Bo mimo wszystko nadal będziesz tylko pospolitym robotnikiem, rzemieślnikiem, który zarabia na siebie własnymi rękoma„. Plutarch, Żywot Peryklesa 1.2: „Żaden utalentowany młodzy człowiek, widząc Zeusa Fidiasza w Olimipii, chciałby być jak Fidiasz, albo, widząc Herę w Argos, chciałby zostać Polikletem… To, że jakieś dzieło jest zachwycające, nie oznacza wcale, że jego twórca zasługuje na szczególne uznanie”.

Wydaje mi się zatem – i jest opinia coraz popularniejsza wśród znawców antyku – że zamiast myśleć o stylu Fidiasza czy Polikleta, powinniśmy zastanawiać się raczej nad potrzebami i oczekiwaniami, które ci twórcy musieli zaspokoić. Zamiast głowić się nad tym, co Lizyp wprowadził do rozwoju sztuki, warto raczej podjąć pytanie, co sprawiło, że jego dzieła znalazły uznanie u współczesnych. Wreszcie – dobrze sobie przypomnieć, jak wielki wpływ na naszą wizję przeszłości ma teraźniejszość.

J. Szamałek


 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 20

Dodaj komentarz »
  1. Umieścił bym swoja opinię gdzieś pomiędzy tymi, którzy sądzą, że artysta tworzy tylko to co zamówione i modne (to pierwsze z tym drugim powiązane mocno) a tymi, którzy uważają artystów za odważnych i świadomych burzycieli zastanych kanonów i twórców tego co nowe wbrew tradycji i modzie. Pewnie na jedno i drugie można znaleźć przykłady, ale śmiem wątpić, czy to jest główny szlak rozwoju sztuki (wszelkiej). Wątpię zatem czy Fidiasz i Poliklet chcieli dokonywać jakiegoś przełomu, obaj doprowadzili tylko maestrie swoich poprzedników do szczytu (Poliklet szczególnie) tworząc MIMO WOLI coś w rodzaju kanonu. Ale z drugiej strony artysta musi być przecież wielkim EGOCENTRYKIEM, przekonanym o swojej wyjątkowości, bo jeśli tym nie jest, brakuje mu paliwa do tworzenia. W tym dążeniu do oryginalności, odróżnienia się, tak naturalnym w tej profesji, wielu staje się prekursorami nowych kierunków, technik, mód. Weryfikacja następuje z upływem czasu a to oznacza, że ostateczne decyzje zapadną w przyszłości. Czyli ostatecznie to MY dokonujemy projekcji naszych upodobań na to co przeszłość nam przekazuje w depozycie. Zapominając o ÓWCZESNYCH kontekstach. Z punktu widzenia twórcy jest to pewnie niesprawiedliwe, ale tak chyba trochę jest?

  2. Witam.
    O mizernym statusie aktorów (szok jaki Nero wywołał swoim wystąpieniem) wiemy. Natomiast dla pełni obrazu przydałoby się jeszcze parę słów na temat statusu artystów piszących (bądź deklamujących). Czy ówcześni myśleli o Homerze podobnie jak o Fidiaszu? Myślę, że dopiero wtedy można będzie prowadzić dyskusję.

    Na razie uwaga: To nie jest tylko tak, że artyści są od spełniania wymagań dysponujących gotówką. Artystów nazywamy teraz twórcami i to samo już coś oznacza. Inne są dzisiaj oczekiwania wobec nich. Sztuka przedstawiająca nie odgrywa już większej roli. Dzisiaj niewielu już poruszy obraz tak wierny, że przylatują do niego pszczoły. Bo fotografia robi to lepiej.
    Dzisiaj oczekujemy od twórcy innego spojrzenia, na jakie nas samych nie stać. Inne są wobec nich nasze oczekiwania. Artysta musi otwierać nowe drogi. A ponieważ nie wiadomo, na czym to polega i jak będzie wyglądało to Nowe, musimy dać artyście wolną rękę. Krótko: Dzisiaj Nowość jest wartością a nie wierność, wielkość czy doskonałość. Stąd też twórca musi mieć prawo do rzeczy, które nas szokują. To prawo jest czymś zupełnie innym niż prawo, jakie sobie przypisuje Courbet (do wywyższania). Stąd prawo do szokowania. Zadziwia mnie kołtuństwo prawie wszystkich dyskutujących o Nergalu.
    Tyle na razie.
    Pozdrawiam.

  3. lubię pogląd Platona na temat artystów, że są bezużyteczni i najlepiej ich wygnać, bo nie wnoszą nic do PKP polis 😉
    czy na temat zmian i stylów „Trzeba się wystrzegać przełomów i nowości w muzyce, bo to w ogóle rzecz niebezpieczna. Nigdy nie zmienia się styl w muzyce bez przewrotu w zasadniczych sprawach politycznych.”

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. PKB polis miało być, literówka 😉

  6. @petroniusz
    Jeśli to jest rzeczywiście pogląd Platona (nie potrafię w tej chwili zweryfikować) to całkowicie nietrafny, także w odniesieniu do PKB i muzyki. Rozumiem, że chodzi tu Autorowi o intelektualną prowokację?
    @Vera
    Zaniepokoiło mnie ostatnie zdanie (casus Nergal) bo pomyślałem sobie: rany boskie, jeśli dyskusja na ten temat przeniesie się tu i będzie prowadzona w ten sposób jak toczy się na innych forach; wiem bo czytam i nawet wziąłem udział, potwierdzając, że na tematy polityczne, ideologiczne nie umiemy dyskutować a tylko prowadzić wojny w błotku metodami catch as catch you can – to zdemolujemy Gospodarzowi jego szacowny blog i ściągniemy go do poziomu na jaki naprawdę nie zasługuje. Kładę więc, nie mając do tego żadnych uprawnień, coś w rodzaju ognia zaporowego wobec tego tematu.
    Pani Vero: ani przez chwile nie myślałem, że Pani ma taki zamiar, ale samo nazwisko Nergal działa dziś jak iskra na beczkę prochu, więc się po prostu wystraszyłem.

  7. @emes5756
    Ach. Proszę porównać skandale Courbeta, o których pisze p. Szamałek, z tym małostkowym cyrkiem komentatorów. Każdy zaczyna od swojego zdania. I to jest kołtuństwo, zupełnie jak 140 lat temu, a nie to, czy się jest za czy przeciw. Myślę, że to należy do tematu. Piękna paralela, jasne? Bo ja jak zwykle za i przeciw. I nie chcę dyskusji, ale nie dlatego, że forum, tylko dlatego, że to nie jest temat do dyskusji. Tutaj się z Panem zgadzam i popieram.
    Ade

  8. @Vera
    Z dyskusjami na różnych forach, jest jak z przestrzeganiem przepisów drogowych: cóż z tego, że Pani je przestrzega, skoro ten co wjechał Pani w bagażnik ma je w nosie? Tak więc siły mojego „ognia zaporowego” nie przeceniam, także, jak zapewne i Pani, wolałbym dyskusję o ks. Ziei miast o Nergalu, ale sicher ist sicher…
    Wracam z przyjemnością do naszych baranów…

  9. Witam.

    No ale wracając do tej wypowiedzi Lukiana że nikt nie chciałby być Fidiaszem bo to oznacza życie z pracy własnych rąk. Czy w starożytności parcie na znalezienie jelenia który będzie za nas rączki brudził było powszechne czy ograniczone tylko do elity? A sam Lukian miał służącego pisarza i dyktował rozparty w fotelu czy może detalicznie bazgrał samodzielnie ale treść była zgodna z powszechnym dla pisarzy selfmejdem? A może nawiązując do wcześniejszej wypowiedzi @Very, lepiej (prestiżowo) było zostać Gombrowiczem niż Hasiorem. Poza tym starożytność ta „klasyczna” trwała kilkaset lat i wizerunek artysty powinien w takim przedziale czasowym zaliczać pewne fluktuacje.
    .
    Co do Nergala: tyle troluję i dalej nie jestem w temacie. Nie, nie tłumaczcie mi, po prostu wyjątkowo znalazłem się w większości: dla mnie sztuka to chińska porcelana z Tesco i ładnie położony tynk, który przez Słoneczniki Van Gogha byłby niepotrzebnie zeszpecony.

  10. Nie wypowiadalem sie, bo jestem w podrozy, wiec o dostep do komputera ciezka, a ponadto ta dyskusja byla juz kiedys podjeta – moze nie w takim konkretnym formacie.

    Natomiast chcialbym podziekowac Panu Witkowi-w11 za poruszenie nowego, a bardzo ciekawego aspektu starozytnej Grecji. A mianowicie, trwalosci majatku i – powiedzmy – klasy posiadaczy. Przypisujemy do tego dzisiejsze percepcje, ale Grecy wcale tak tego nie traktowali. A juz samo rozroznienie klasowe traktowali jako niewyobrazlany horror. Wedlug przyjetej demokratycznej zasady, wszyscy obywatele Aten byli sobie z zalozenia rowni. Podniesienie kwestii posiadanego majatku mialo wydzwiek wylacznie negatywny, wiec Atenczycy nie afiszowali sie ze swoim stanem posiadania. Szanowny Autor zapewne zechce potwierdzic, ze w przeciwienstwie do starozytnych Rzymian, Grecy nie wznosili wspanialych prywatnych rezydencji. Wrecz przeciwnie, domy nawet tych najbogatszych byly stosunkowo skromne. Warto tu tez dodac, ze ciezar podatkowy spoczywal wylacznie na najbogatszych obywatelach, zmuszanych sila tradycji i prawa na pokrywanie publicznych kosztow. Natomiast najubozsi obywatele otrzymywali stypendia, badz oplaty za uczestnictwo w zyciu publicznym. Stan posiadania w starozytnej Grecji byl cecha nietrwala i czesto zdarzaly sie wielkie straty, ale tez rownie czesto – wielkie wzbogacenia sie. Stad stosunek do artystow nie bardzo polegal na wielkopanskiej pysze, ile na przekonaniu, ze obywatel atenski nie paral sie praca fizyczna. W ten sposob mozna bylo nawet stracic obywatelstwo, jesli ktos pracowal przy zajeciu uwazanym za domene niewolnikow.

    Natomiast zgadzam sie zupelnie z Szanownym Panem Witkiem, ze pojecia sztuki i artysty przekroczylo w dzisiejszych czasach wszelkie mozliwe wyobrazenia. Tez sklaniam sie ku pogladowi, ze porzadnie wykonana rzecz uzytkowa ma o wiele wieksza wartosc niz bohomaz (n.b. – etymologia: malarz religijnych obrazow). Wyrazilem tu juz kiedys opinie, ze cenniejszy jest dla mnie wystep mistrza kuchni, niz byle jakiego artysty.

    Pozdrawiam.

  11. @Witek
    @Werbalista
    Całkowicie się z Państwem nie zgadzam. To, o czym piszecie, niema nic wspólnego ze sztuką. To tzw. rzemiosło artystyczne, nazywane też cepelią. Jakość wytworów zależy oczywiście od talentu autorów wzorców, ale zarówno ich rola społeczna jak i dochody pozostają na poziomie jak w starożytności. To wyrobnicy z talentem. Dzisiaj można być i jednym i drugim. Uzupełniając mój poprzedni wpis, myślę, że sztuka jako taka powstała dopiero w Renesansie, a rozwinęła skrzydła w XIX wieku, kiedy spadł z niej obowiązek dokumentacyjny.

    Poezja
    Jestem prywatnie fanką poezji, której 2, nie więcej, wiersze Państwu zacytuję:

    Wreu brren perru bus tasau olo
    Mooon rutar… Siss wisster tol

    Jest to tzw. poezja dźwiękowa, nazwa pochodzi ode mnie. Znam tylko niemiecką nazwę „Lautpoesie”. Słucham płyt tej poezji. Są dni, kiedy chodzi mi ona po głowie i życie bez niej byłoby trudniejsze. Myślę, że różni się to nieco od stylu obrazów Matejki, o których mam zdanie, ale dyskusja już była. Natomiast nie działa na mnie muzyka kakofoniczna, choć rozumiem twórców.

  12. Szanowni Komentatorzy – piszecie bardzo ciekawie o ciekawych sprawach. Nie włączam się do dyskusji, bo latam po Warszawie i okolicach jak, nie przymierzając, kot z pęcherzem, i na nic nie mam czasu. Obiecuję nadrobić zaległości w korespondencji w przeciągu najbliższych kilku dni. Serdecznie pozdrawiam!

  13. @ Vera

    Szanowna Pani, kazdy z nas ma swoje zdanie. Dla mnie „Lautpoesie” najbardziej przypomina piesni wielorybow. Tez przepiekne, skomplikowane, a my nawet nie mozemy objac calej skali. Ale czy piesni wielorybow mozna nazwac sztuka? Kto wobec tego jest artysta, ktory dana piesn stworzyl? Na swiecie sa rowniez widoki, ktore zapieraja dech w piersiach od swojego piekna. Zaden obraz, ani fotografia nie oddaja ich glebi, ani piekna. Mimo tego nie uwazamy tego za dziela sztuki. Tak wiec najwazniejsza jest interpretacja definicji artysty i dziela sztuki. A kazda interpretacja podlega wariacji, w zaleznosci od podejscia interpretatora. Stad interpretacja pojec sztuki i tworcy pozostaje mglista i taka musi pozostac z natury rzeczy.

    Co wcale nie zanaczy, Szanowna Pani Vero, ze oboje mozemy miec racje.

    Pozdrawiam.

  14. @Werbalista
    Nawet najpiękniejszy obrazek przyrody nie jest sztuką. Natomiast sztuką może być zdjęcie bo daje ono przetworzony obraz, a nie wierny. Dlatego niektóre zdjęcia kosztują wiele i są pokazywane na wystawach, a inne nie. Choć niby pokazują to samo. Bo sztuką jest praca twórcza autora, którą widać albo którą przemawia dzieło.
    Mamy jesień, nigdy nie zastanowiło Pana, że przepięknie wybarwione liście są w zasadzie bez wartości? Na mnie to właśnie robi od dawna wrażenie. Możemy je kupić płacąc za pracę zbieracza. Ale jest to jest owo rzemiosło artystyczne. Natomiast olejny obraz jesieni, tych samych liści, może mieć już zupełnie inną wartość. Albo prościej. Kolekcja liści jest więcej warta niż każdy z nich. Dlaczego? Bo dobra kolekcja to sztuka. Zawiera pewną ideę wychodzącą poza wartość materialną.
    Ja tak to widzę.

  15. @Vera, @Werbalista
    Czuję się usatysfakcjonowany czytając Państwa dyskusję na temat sztuki, co nią jest a co nie jest, bo utwierdza mnie ona w tym, co już kiedyś tu napisałem i rozwijać nie chcę. Myśl moja była taka, że sztuka to coś co powstaje miedzy twórcą a jego dziełem ale żyje między dziełem a odbiorcą. Państwo to opisali o wiele lepiej. Pozdrawiam!

  16. @ Vera & emes5756

    Szanowny Panstwo:

    Mysle, ze rozni nas tylko roznica interpretacji. Piekno jest pieknym, bez wzgledu na to, czy jest dzielem natury, czy naturszczyka. Z tym, ze dzielo natury jest jakby mimowolne, niestworzone dla zadziwienia odbiorcy. Zaden pies, nawet najmadrzejszy, nie zachwyci sie „zielonym” zachodem slonca, natomiast czlowiek, nawet z minimum wrazliwosci – tak. Sztuka, wedlug mnie, jest tylko usilowaniem oddania naturalnych zjawisk, a i tak nie dorasta do piet dzielom natury. „Wenus wylaniajaca sie z piatny” Boticceli’ego – jest w w koncu oddaniem kobiecej postaci – wyidealizowanej, ale – jednak. I tak dalej – Dali, surrealista, tez malowal obrazy stanowiace zabawne zbitki rzeczywistosci. Picasso, w okresie kubizmu tez opieral sie na naturze.

    Byly proby stworzenia sztuki „czystej”, ale upadly z powodu calkowitego braku zainteresowania publiki. Cieszyly sie krotkim, efemerycznym powodzeniem.

    I tak, eliptycznie, powracam do argumentow Pani Very oraz stwierdzenia Pana emes5756 – wszystko to kwestia percepcji i wyceny rynkowej. Kto jest w stanie ocenic, czy obraz Rubensa jest wart wiecej niz obraz Pollock’a. Poza rynkiem nie istnieje zadana inna metoda wyceny. W Polsce (Pan Tadeusz) uzywano starozytnych mieczy jako roznow, a z zabytkowych helmow karmiono drob. Po ostatniej wojnie rowniez uzywano bagnetow jako kuchennych nozy, a helmow jako pojemnikow. Wszystkie te „zabytki” warte sa wielkie pieniadze. Byc moze to nie dziela sztuki, ale oryginaly warte sa o wiele wiecej niz kopie.

    Stad – przypisywanie materialnej wartosci i ocenianie dziela sztuki w tej kategorii jest bardzo zwodnicze i moze prowadzic do blednych konkluzji.

    Jak juz wspominalem, jestem – ku ubolewaniu Sokratesa – opsofagiem, z czym wiaze sie rowniez znawstwo win. Cena wina wiaze sie dzis jedynie ze snobizmem zakupujacego, nie mowiac nic o jakosci wina.

    Pozdrawiam.

  17. Drodzy Państwo,

    Z wielką przyjemnością przeczytałem Państwa komentarze. Chciałbym się zaangażować w pełni w dyskusję i podnieść każdy z punktów osobno i dogłębnie, ale czasu ciągle jak na lekarstwo. Dlatego, póki co, w telegraficznym skrócie:

    @ emes5756:

    „Ale z drugiej strony artysta musi być przecież wielkim EGOCENTRYKIEM”

    –> Czy musi – to zapewne zależy od tego, jak zdefiniujemy artystę i jego komeptencje. Dziś zapewne faktycznie artysta musi wgapiać się w swój własny pępek, ale jestem przekonany, że w starożytności, kiedy obowiązywały inne normy i definicje, było zupełnie inaczej.

    @ vera

    „Czy ówcześni myśleli o Homerze podobnie jak o Fidiaszu?”

    –> Tak, ludzie pióra cieszyli się dużo większą estymą

    „To nie jest tylko tak, że artyści są od spełniania wymagań dysponujących gotówką…Artysta musi otwierać nowe drogi”

    –> jw. – artysta dzisiejszy musi jak najbardziej, ale wydaje mi się, że przykładanie współczesnych nam koncepcii nt. sztuki byłoby anachroniczne. Musimy sobie zadać pytanie – czym była sztuka dla starożytnych, co próbowali osiągnąć starożytni artyści i czemu?

    „Dzisiaj niewielu już poruszy obraz tak wierny, że przylatują do niego pszczoły. Bo fotografia robi to lepiej”

    –> Zgadzam się całkowicie – fotografia przemodelowała świat sztuki bardzo głęboko, zupełnie zmieniła cele, jakie przed sobą stawiają artyści.

    „Kolekcja liści jest więcej warta niż każdy z nich. Dlaczego? Bo dobra kolekcja to sztuka. Zawiera pewną ideę wychodzącą poza wartość materialną.”

    –> Bardzo ciekawa myśl, dziękuję, że się Pani nią podzieliła – siedzę sobie teraz i nad nią dumam jak niczym nad konfucjańską maksymą. Jak to dobrze, że Pani od nas nie uciekła!

    @ petroniusz:

    „lubię pogląd Platona na temat artystów, że są bezużyteczni i najlepiej ich wygnać, bo nie wnoszą nic do PKP polis”

    –> Witam serdecznie na blogu! Platon chyba się jednak mylił, bo Ateny czerpały wymierne korzyści z tego, że stały się centrum kultury. Można powiedzieć, że korzystało i PKB, i PKP i PKS:)

    @ witek:

    „Czy w starożytności parcie na znalezienie jelenia który będzie za nas rączki brudził było powszechne czy ograniczone tylko do elity?”

    –> ciężko jednoznacznie odpowiedzieć, bo zachowąły się głównie pisma elit, pisane dla elit. Ale – wnioskując z różnych mniej licznych dzieł (hezjod, fagmenty arystofanesa) można jednak zauważyć, że nie wszyscy i nie zawsze mieli do pracy fizycznej stosunek tak negatywny.

    @ Werbalista:

    „Szanowny Autor zapewne zechce potwierdzic, ze w przeciwienstwie do starozytnych Rzymian, Grecy nie wznosili wspanialych prywatnych rezydencji.”

    –> I tak, i nie…W atenach z bogactwem się faktycznie nie afiszowano, mogło się to źle skończyć – albo większym podatiem, albo procesem, albo nieprzyjemnościami politycznymi. Ale rzućmy np. okiem na domy Hellenistycznego Delos, gdzie system polityczny był inny, który nie penalizował chwalenia się kasą; przykład:

    http://www.cardiff.ac.uk/hisar/people/rw/images/Delos_Mdutrident_plan_small.JPG

    „Zaden pies, nawet najmadrzejszy, nie zachwyci sie „zielonym” zachodem slonca, natomiast czlowiek, nawet z minimum wrazliwosci – tak. ”

    –> ale, jeśli zaufamy J. Goodall – szympans być może już się zachwyci!

    „Ale czy piesni wielorybow mozna nazwac sztuka?”

    –> a co na to rzekłby – wymruczał bez pośpiechu – wieloryb? nie wiemy. Może to sztuka, może nie… Zależy dla kogo, zależy kiedy. Gdyby Pan nagrał te śpiewy i puścił w galerii, byłaby sztuka jak się patrzy; ot, wystarczy maginczną różdzkę z nazwiskiem uznanego artysty przyłożyć.

    Dziękuję pięknie za liczne i szalenie ciekawe komentarze; obiecuję od przyszłego tygodnia być lepszym dysputantem.

  18. Szanowny Autorze:

    Dziekuje za korekte. Rzeczywiscie nie powinienem byl uzyc uogolnienie „Grecy”, podczas gdy mialem na mysli tylko Atenczykow. Zeby sie zrozumiec, trzeba wyrazac sie precyzyjnie, a tego nie dopatrzylem.

    Delos zreszta, doczekalo sie atenskiej demokracji i konsekwencji afiszowania sie bogactwem w ramach Ligi Delfgickiej w 454 p.n.e., kiedy to Skarbiec Delficki „przeniesiono” do Aten.

    Co do szympansow i J. Goodall – to mam swoje watpliwosci. Ani jako jedyny, ani pierwszy – mam powazne watpliwosci co do jej obiektywizmu i antropomorfizacji szympansow.

    A z tym, ze puszczenie nagrania piesni wielorybow w galerii i to – sygnowane przez uznanego artyste – byloby sztuka – musze sie absolutnie zgodzic. Z tym, ze natychmiast wytoczylbym proces temu artyscie, w imieniu wielorybow, o naruszenie praw autorskich. Sek w tym; jak uzyskac pelnomocnictwo procesowe od wieloryba?

    Pozdrawiam.

  19. „Ale rzućmy np. okiem na domy Hellenistycznego Delos […]”
    „Delos zreszta, doczekalo sie atenskiej demokracji i konsekwencji afiszowania sie bogactwem w ramach Ligi Delfgickiej w 454 p.n.e […]”
    .
    Panowie eksperci, czy nie mówicie czasem o różnych rzeczach? Hellenizm rozpoczął się z chwilą śmierci Olka Macedońskiego czyli sporo lat po tym jak Ateny rozpoczęły pod przymusem drenaż ekonomiczny swoich sojuszników.

  20. Szanowni Państwo
    Serdecznie dziękuję za dyskusję. Wymieniliśmy poglądy, zaznaczyliśmy różnice. Do dalszej dyskusji potrzebna byłaby wiedza teoretyka czy historyka sztuki, a ja nikim takim nie jestem. Czekam na kolejny impuls ze strony p. Szamałka, może znowu rozwinięcie będzie nie na temat.
    Pozdrawiam

  21. @ witek_w11

    Oczywiscie, ma Pan racje. Znow bije sie w piers i na usprawiedliwienie moge tylko rzec, ze podroze nie sprzyjaja koncentracji (bo powinienem byl dostrzec anachronizm), ale na ogol trudno sie skupic na rogu Haight i Ashbury. Niebawem jednak wroce w domowe pielesze.

    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php