Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie

5.04.2011
wtorek

„Tygrysia Mama” Rzymu

5 kwietnia 2011, wtorek,

Czytałem ostatnio dyskusje wokół książki „Battle Hymn of the Tiger Mother”. Główna teza tej kontrowersyjnej publikacji brzmi, że rodzice, którzy chcą dla swych dzieci jak najlepiej, nie powinni na nie chuchać i dmuchać, lecz zmuszać do intensywnej pracy nad sobą, w nadziei, że przyniesie im to sukces. Wszystkie chwyty są dozwolone – leniwemu dziecku można zagrozić odebraniem ulubionej maskotki, albo położyć je spać o pustym żołądku. Wychowywane w taki sposób chińskie dzieci – głosi autorka, Amy Chua – odniosą sukces, a pociechy rozpieszczane na zachodnią modłę poniosą życiową klęskę.

Przeraża mnie ta wizja – ale nie będę się na temat rozpisywać, na temat wychowywania dzieci mam nikłą wiedzę, tak teoretyczną jak i praktyczną. Zamiast tego chciałbym, niejako a propos, przybliżyć postać Agrypiny Młodszej – najambitniejszej bodaj matki, jaką widział starożytny Rzym.

Agrypina od urodzenia obracała się w kręgach władzay – była prawnuczką cesarza Augusta, siostrą cesarza Kaliguli, wreszcie – czwartą i ostatnią żoną cesarza Klaudiusza – którego zresztą otruła, by osadzić na tronie swego syna, Nerona. Jednak nawet wówczas nie była usatysfakcjonowana. Jak pisze Tacyt, „Agrypina dała Neronowi tron, ale nie mogła zdzierżyć, że sama nie mogła na nim zasiadać”. Nic zatem dziwnego, że próbowała ona kontrolować młodego cesarza i jego rękoma sprawować władzę. Jak ta historia się skończyła, wiemy doskonale – po paru latach tej trudnej kohabitacji Neron postanowił odsunąć matkę od tronu, i to na dobre – zlecając morderstwo.

Agrypina jest niezwykle ciekawą postacią, opisaną szczegółowo – choć niekoniecznie obiektywnie – nie tylko przez Tacyta, lecz także nadwornego plotkarza Swetoniusza i Kasjusza Diona. Równie bogatym, choć dużo gorzej znanym źródłem informacji na temat omawianej cesarzowej i jej relacji z synem są ich przedstawienia, wykute w kamieniu i wybite w metalu.

Fot.: Flickr, damiandude

Powyższa płaskorzeźba pochodzi z Sebasteionu – tj. świątyni poświęconej rzymskim cesarzom – z miasta Aphrodisias w dzisiejszej Turcji. Przedstawia on dwie postaci – młodego mężczyznę w zbroi typowej dla oficerów wyższego stopnia i dowódców i w eleganckich sandałach noszonych przez rzymskie elity i kobietę w eleganckiej tunice (chitonie), która w jednym ręku trzyma róg obfitości, a w drugim wieniec, który składa na głowie młodzieńca. Choć rzeźba ta nie jest podpisana, nie ma wątpliwości, że chodzi tu o Nerona (charakterystyczny, duży nos i małe usta, bokobrody, falująca grzywka) i Agrypinę (charakterystyczny rząd loczków nad czołem; obydwie twarze można obejrzeć w zbliżeniu tu).

Ta płaskorzeźba jest wyjątkowa, i to z wielu powodów. Po pierwsze, podczas gdy Neron nie ma żadnych boskich czy heroizujących go atrybutów, Agrypina dzierży róg obfitości, symbol dobrobytu i bogactwa który pojawia się zazwyczaj w rękach olimpijskich bogini, takich jak Ceres. Sam fakt, że cesarzowa jest wyposażona w taki gadżet nie jest niczym wyjątkowym – nosiła go już pod pachą Liwia – ale to, że towarzyszący jej Neron nie ma żadnego przedmiotu, który nadawałby mu równy, nadludzki status. Ponadto Agrypina jest równa wzrostem swemu synowi, choć można by oczekiwać, że Neron, jako władca, a zatem osoba ważniejsza, będzie wyższy.

Wreszcie – relief z Aphrodisias przedstawia cesarzową w akcie składania wieńca na skroniach młodego cesarza. Choć Rzymianie nie wykształcili ceremonii koronacji, to wydźwięk tej sceny jest jasny – Neron zawdzięcza władzę matce. Oczywiście, odpowiada to w stu procentach prawdzie – ale zdawać sobie sprawę, a „powiedzieć” coś takiego na głos przy pomocy rzeźby to zupełnie dwie różne rzeczy; oficjalnie kobiety nie miały żadnego udziału we władzy. Inni cesarzowie, zarówno wcześniejsi jak i późniejsi, też czasami są przedstawieni w trakcie „koronacji” przez kobiety – ale wyłącznie alegoryczne (Zwycięstwo, Rzym), a nie prawdziwe!

Można by argumentować, że płaskorzeźba z Aphrodisias nie jest wiernym odzwierciedleniem cesarskiej propogandy, że jej fundator – najpewniej jakiś lokalny polityk – nie zrozumiał oficjalnej wykładni i ją wypaczył, poszedł o krok za daleko. Warto zatem skontrastować ten relief z wizerunkiem ustalonym centralnie, w ścisłym porozumieniu z cesarzem.

Źródło: Wikimedia, Classical Numismatic Group

Ta złota moneta (aureus) została wybita w roku 54 w mennicy w Lugdunum (dzisiejszy Lyon). Na awersie przedstawione są dwa popiersia – Nerona, z lewej, i Agrypiny, z prawej – otoczone legendą AGRIPP AVG DIVI CLAVD NERONIS CAES MATER, czyli „Agrypina Augusta, żona Boskiego Klaudiusza, Matka Cesarza Nerona”. Na rewersie dekoracja jest bardziej minimalistyczna – mamy tu hasło EX SC („postanowieniem Senatu”), wpisane w wieniec i otoczone tytułami Nerona.

Tyle jest w tej monecie niezwykłych cech, że nie wiem, od czego zacząć… Po pierwsze, Agrypina i jej syn przedstawieni są twarzą w twarz, jak równi sobie – co jest całkowicie bezprecedensowe i jest kolejnym świadectwem niezwykłych ambicji cesarzowej. Oczywiście, żony cezarów pojawiały się na monetach już wcześniej – ale albo na rewersie, pozostawiając awers małżonkowi (np. moneta z Augustem i Liwią) albo na tej samej stronie, ale w cieniu imperatora (np. moneta Klaudiusza i Agrypiny). Co więcej, legenda na awersie omawianego aureusa wymienia nie tytuły Nerona, a Agrypiny – pomimo tego, że mamy przed sobą podobiznę młodego cesarza! W rezultacie został on zepchnięty w cień matki, jest ewidentne, że stanowi ona ważniejszą połowę tandemu… Warto podkreślić, że już wcześniej wybijano monety z tytułami cesarzowych (np. moneta z podobizną Liwii, z podpisem „Ioulia Sebaste”, czyli „Julia [Liwia]Cesarzowa”) – ale nigdy wówczas, gdy towarzyszył im sam cesarz!

Jak widać, ambicje Agrypiny nie są tylko wymysłem wrogich jej historyków, którym nie podobała się kobieta pchająca się do polityki, ale znajdują potwierdzenie w imperialnej propagandzie; tron cesarzowej był dla niej za ciasny. Ten model relacji między cesarzem a jego matką nie był jednak możliwy do utrzymania w rzymskim społeczeństwie, w którym hołubiono model mężczyzny-macho; im Neron był starszy, tym bardziej pozycja Agrypiny była dla niego męcząca i zawstydzająca. Jak temu młody cesarz zaradził, wspomniałem już wyżej.  Oczywiście, Agrypina różni się od wspomnianej autorki „Tygrysiej Mamy” – w końcu wydaje sie, że sukcesów pragnęła dla siebie raczej niż dla syna, i, jak piszą historycy, zamiast zmuszać go do wysiłków, przymykała oko na jego liczne wybryki, by utrzymać swą pozycję. Przychodzi mi jednak do głowy taka myśl, że jednak im mniej ambicji rodziców w ich relacjach z dziećmi, tym zdrowiej…

J. Szamałek

 

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 16

Dodaj komentarz »
  1. Wracamy zatem do Agrypiny Mlodszej. Warto dodac, ze jej podobizna ukazala sie juz przedtem (choc tylko na rewersie), wraz ze swoimi siostrami, na sestersie Kaliguli: http://en.wikipedia.org/wiki/File:Caligula_RIC_0033.jpg

    Agrypina wlasciwie od mlodosci byla prawie cesarzowa; urodzona w rodzinie julijsko-klaudyjskiej, siostra Kaliguli, zona Klaudiusza i regenta swojego syna – Nerona.

    Wygnana z Rzymu za rzekome cudzolostwo przez swojego brata – Kaligule, powrocila triumfalnie do stolicy zaraz na poczatku rzadow Klaudiusza. Poslubila Gajusza Salustiusza Kryspusa Pasjena, jako swojego trzeciego meza, a po jego smierci odziedziczyla olbrzymi majatek. Gdy Messalina zostala zgladzona, nie tyle za swoje upodobania seksualne, ile za dosc jednoznaczny spisek przeciwko Klaudiuszowi, zostala jego czwarta malzonka i osiagnela pelnie wladzy w Rzymie. Klaudiusz byl bowiem bardzo podatny na wplywy swoich kobiet i wyzwolencow, zajmujacych prominentne pozycje na jego dworze. Doszlo do tego, ze zostala uznana „Augusta”, co nie bylo bezprecedensowe, ale niezwykle rzadkie. Co bylo precedensowe, to fakt, ze mogla obserwowac obrady senatu, co prawda za kotara, ale i tak byl to ewenement. W tym okresie miala swoja nowa monete i ciekawostka jest, ze to jej profil widnieje na awersie, a profil Klaudiusza na rewersie aureusa. http://en.wikipedia.org/wiki/File:Agrippina_Minor_with_Claudius.jpg

    Byla tez jedyna kobieta w historii Rzymu, na czesc ktorej nazwano miasto – kolonie rzymska: Colonia Claudia Ara Agrippinensis, lub Agrippinensium, czyli dzisiejsza Kolonie, jej miejsce urodzenia.

    Byla wiec przyzwyczajona do wladzy od dziecinstwa, zarowno ze wzgledu na swoja pozycje spoleczna, jak i majatek, ktory sama zgromadzila. Gdy Kaludiusz zaczal sie odwracac od Nerona (jej syna) i zaczal planowac objecie sukcesji przez swojego naturalnego syna – Brytannika, to nagle mu sie zeszlo, rzekomo z powodu grzybow podanych przez Agrypine.

    Poniewaz Neron byl nieletni, Agrypina miala teraz pelna wladze. Ale tylko do czasu, gdy Neron zakochal sie w wyzwolenicy Klaudii Akte. Kariera Agrypiny zaczela sie staczac po rowni pochylej, az do jej przedwczesnej smierci.

    Z tego co wiemy z zapisow oraz amatorskiej analizy jej charakteru, wcale nie byla tygrysica. Dazyla do pelni wladzy, a choc nie mogla jej osiagnac w owczesnych warunkach, chciala byc co najmniej szara eminencja, sila stojaca za tronem. Z Klaudiuszem to sie udawalo, natomiast z synem juz nie.

    Pozdrawiam.

  2. Stwierdziłem, że skoro Neron budzi takie emocje, to warto jeszcze pozostać w Rzymie końca epoki Julio-Klaudyjskiej. Dziękuję za naszkicowanie tła historycznego; jak zawsze mogę liczyć na Pana pomoc w uzupełnieniu luk:)

    Porównując Agrypinę z modelem „tygrysiej mamy”, nie chciałem podjąć próby rekonstrukcji jej chrakteru; chodzilo mi raczej o luźne nawiązanie do dyskusji o miejscu ambicji rodzica w jego relacjach z dziećmi. Nie ulega natomiast wątpliwości, że Agrypina była niezwykle ambitną kobietą, dla której ramy pozycji cesarzowej były za ciasne. Niestety – dla niej – były to ambicje nie do zrealizowania w zdominowanym przez mężczyzn świecie.

  3. Zawsze, kiedy lapie w reke ksiazke napisana przez kobiete, zastanawiam sie czy to aby nie jest “literatura menstruacyjna”. Choc “Day of Empire: How Hyperpowers Rise to Global Dominance – and Why They Fall” to calkiem godziwa pozycja, mimo, ze rowniez skrojona przez Chua (ale moze pisala ja w tych lepszych momentach). Niemniej, niezaleznie kiedy pisala “Day of Empire” wstep to tej ksiazki sugeruje, ze Pani Ania to wysoko wykfalifikowana megalomanka traktujaca swoje zycie jak wyscigi po laury i przywileje…. ale to naturalna charkterystyka studentow takich uczelni jak Harward, ktorzy wchodza w zycie pelni mlodzienczej ekstazy, a znani sa z wymyslania coraz to nowych form intensywnego wyzysku blizniego – khmm… chcialem powiedziec kreatywnego fiskalizmu i wspolczesnej bankowosci.

    Faktem jest, ze amerykanskie dzieci to niezly motloch a wina lezy po stronie rodzicow, ale rowniez i systemu (systemu preparowanego w duzej mierze przez tych samych geniuszy z Harwardu i Yale). Rodzice sa gnusni a system utrwala przekonanie, ze ma sposob na lepsze jutro – a jedynym sposobem jest wpedzenie gnusnych rodzicow w system bankowy. Z jednej strony widac wielkie, oznakowane pomaranczowe autobusy wiozace dzieci do szkoly, a gdzie sie taki autobus pojawi zycie zamiera w bezruchu – by zapewnic dzieciom nalezyte bezpieczenstwo. Z drugiej strony, kiedy juz to dziecie zajedzie do szkoly, to uczy sie tam rzeczy poziomu polskiego przedszkolaka i wszyscy sie martwia by sie za bardzo nie przemeczylo.

    Jedna ze sztandarowych naukowych pozycji amerykanskiego systemu obcowania z dziecmi byla kilkanascie lat temy ksiazka Thomasa Gordona “Wychowanie Bez Porazek”. Ksiazka ta zdobyla wszystko to, co zdobywaja obecnie ksiazki Chua, a przewodni motyw tej ksiazki to: dziecko samo zrozumie co ma robic…

    No i amerykanskie dzieci zaczely robic: cpac, pic, piepszyc sie na kazdym rogu ulicy, etc, etc, etc…. no, ale nie robily wlasciwie nic innego niz ich rodzice (wychowani w ryczacych 60s), wiec i dziwic sie nie ma czemu. Nawiasem mowiac, ksiazka ta szerokim echem odbila sie rowniez i w Polsce, a nawet byla (a moze i nadal jest) obowiazkowa lektura na kazdym szanowanym kierunku psychologii (?). I tylko po kilku lub kilkunastu latach, Thomas Gordon, czytajac statystyki opisujace efekty swojego wiekopomnego dziela, zlapal sie za glowe i przyznal, ze jego teoria to kompletne dno i fiasco.

    Jestem pewny, ze ten kierunek to nastepna slepa uliczka, choc nie jestem calkiem pewny czy to rzeczywiscie Chiniski wynalazek Gdyby tak bylo, to nie byloby Paniczyka lepszego nad Chinczyka. W miejscu gdzie pracuje stykam sie z Chinczykami i widze, ze jedni sa wyedukowani a inni nie. Jedni czytaja naukowe ksiazki, inni sprzataja biura i smaza sajgonki. Zatem, teoria jest mylaca. Bardziej pasujacy tytul bylby zatem “Battle Hymn of the Circus Tiger Mother”, ktora to tresuje swojego malucha to robienia sztuczek, do ktorych ten ze maluch nie ma ani serca ani ochoty.

    Z naturalnego punktu widzenia, wszystko czego uczy zwykla tygrysica swojego malego to zdobywanie jedzenia i zapewnienie sobie bezpieczenstwa. Tygrysica Chua uczy malego ekwilibrystyki… rzeczy dalece nienaturalnej dla przecietnego zjadacza antylopy.

    Pewnym jest, ze lepiej dzieci czegos uczyc niz zostawic ich samych sobie (jak to zaleca Gordon), ale by nawiazac do antyku i zakonczyc moje wypociny, trzeba powiedziec…. GOLDEN MEAN, Amy, GOLDEN MEAN… jestesmy ludzmi a nie ekwilibrystami.

    PS. Trzeba rowniez przyznac, ze metoda Chua od lat funkcjonuje w Japoni, gdzie dzieci doswiadczaja skrajnego rezimu rodzinnego i systemowego. Efect? Bardzo wysokie statystyki samobujcze wsrod dzieci i mlodziezy. Czy maja wiecej? Tak, to pewne. Czy zyje im sie lepiej? Watpie. Zyjemy wsrod ludzi a nie przedmiotow.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. @ Jac: dziękuję za bardzo ciekawy komentarz! Chociaż te kwestie wychodzą poza moje kompetencje, to dorzucę swoje trzy grosze

    Na początek może wspomnę, że spotykam wielu Amerykanów w Cambridge – i tworzą oni bardzo zróżnicowaną grupę, o różnych korzeniach, charakterach, celach, itd. Łączy ich to, że wszyscy są niezwykle pracowici i ambitni. Oczywiście, nie jest to reprezentatywna próbka – musieli coś sobą prezentować, żeby w ogóle dostać się na studia – ale pokazuje ona, że amerykański system nie wypluwa z siebie samych leniwych nieuków…

    Jednakże z tego, co mogę wywnioskować na podstawie lektury amerykańskich gazet, wynika, że rzeczywiście istnieje poważny problem z edukacją. Pytanie jednak, czy wynika to z przyjętej filozofii – każde dziecko jest wyjątkowe, ma jakiś talent, który trzeba odkryć – czy może z wieloletnich zaniedbań, samolubstwa związków zawodwych nauczycieli, za małych nakładów, obniżania poziomu egzaminów, żeby wykazać, że dzieci osiągają coraz lepsze wyniki, itd.

    Z tego co widzę, to filozofia „Shoot for the moons and you’ll land on the moon” wyposaża Amerykanów w wielką wiarę w siebie, umiejętność „sprzedania” swoich osiągnieć, wytrwałość – co przekłada się na sukcesy.

    Poza tym, gdyby Bill Gates miał mamę jak Amy Chua, miałby czas siedzieć przed komputer robiąc jakieś „głupoty”, i załozyć potem firmę w garażu, bez szans na powodzenie? Pewnie siedziałby w pokoju, grał na skrzypcach i zakuwał do egzaminów.

    Summa summarum zgadzam się z opinią, że najlepiej chyba próbować osiągnąć złoty środek, i ani totalne przyzwolenie na wszystko co dziecku strzeli do głowy, ani zmuszanie dziecka do ustawicznej pracy nie wyjdzie nikomu na dobre.

    Jeszcze takie dwie szybkie uwagi na koniec – wysoki współnczynnik samobójstw w Japonii na pewno nie jest powodwany tylko wymagającym wychowaniem; przecież tam samobójstwo jest zupełnie inaczej postrzegane niż w Europie i ludzie uciekają się do niego z innych powodów. Inna sprawa – wydaje mi się, że określenie „literatura postmenstruacyjna” nie jest najszczęśliwsze; trochę w nim wyczuwam mizoginii…

  6. Drogi Autorze, Dziękuje jak zwykle za kolejny ciekawy artykuł. Jest w nim tak wiele ciekawych momentów, że mam podobny problem jak ten autorski z opisaniem momenty. Co to znaczy, że ona miała ambicje? Dlaczego piszemy o jej „nienaturalnych” ambicjach o ich”naturalnym” przejmowaniu władzy? I skoro od dziecka obracała się w kręgach władzy to skąd pewność, że w jej działaniu było cokolwiek odmiennego niż w zachowaniu jej otoczenia, w którym dążyło się do posiadania władzy? Czy nie dziwne jest więc to, że wyjątkiem jest dostrzeżenie tego, co się działo? Skoro byli kolejni senatorowie, cesarze i cała zgraja innych oficjeli to znaczy, ze zostali zrodzeni przez kobiety, które też tam były. Ich brak mnie dziwi mocniej niż obecność Agrypiny. A co by nie powiedzieć o Amy Chua to jest pewne, że w swoje dzieci wierzy i myślę, że im to dobrze służy. Powinna jedynie wiedzieć, że nawet bez odbierania dzieciom zabawek i bez pozbawienia ich pożywienia można dać im osiągnąć sukces, dzięki niewzruszonej wierze, że yes, they can! Różnica mentalności polega jedynie w tym, że tu u nas, sukces rodzica jest często traktowany pośrenio jak radość z sukcesu dziecka; w Chinach – sukces dziecka jest sukcesem rodzica…choć pewnie i u nas bywa podobnie. W każdym razie serdecznie dziękuję za niezwykle pobudzający do refleksji tekst.

  7. Witam Panią Profesor na blogu!

    Specjalnie unikalem sformulowania „nienaturalne ambicje”, pisalem tylko o ambicjach „niezwyklych”. Uważam, że kobiety mogą – i mają – ambicje równie wygórowane jak mężczyźni, i całe szczęście. Ambicje Agrypiny były „niezwykłe” w tym konkretnym historycznym kontekście, gdzie władza była zawsze męskim przywilejem, a kobiety były wychowywane do życia w cieniu swoich mężów, ojców i braci. Oczywiście, już wcześniejsze cesarzowe brały aktywny udział w polityce pałacowej – jak chociażby Liwia, żona Augusta – ale robiły to w sposób subtelny, zakamuflowany, prawie niedostrzegalny dla zwykłego zjadacza chleba. Agrypina tymczasem sięgnęła po władzę otwarcie, bez ogródek, wykorzystując swojego syna jako narzędzie. Takie zachowanie w społeczeństwie bardzo silnie zdominowanym przez mężczyzn musiało skończyć się tragicznie; Agrypina wykroczyła w sposób dramatyczny poza ramy akceptowanych wówczas zachowań.

    Jeśli chodzi o Pani refleksje na temat tez Amy Chua, to zgadzam się całkowicie; w końcu nie każdy człowiek sukcesu był w młodości zmuszany do takiego wysiłku, jaki zaleca „Tygrysia Mama”. Najwyraźniej istnieją więc inne – zdrowsze? – sposoby, by pomóc dziecku zajść na szczyt…

  8. To oczywiscie drukarska przesada myslec, ze wszyscy Amerykanie sa gnusni a ich dzieci to cymbaly. Celem mej wypowiedzi bylo raczej systematyzowanie pewnego trendu, ktorym podaza znaczna czesc populacji sterowana lub nie majaca wlasciwie zadnej alternatywy. Jako ze poniekad jest to moja dziedzina, od kilku ladnych lat zastanawiam sie, gdzie lezy przyczyna tej zarazem niezwyklosci jaki i czasem kompletnej smiesznosci amerykanskiego systemu. Wiadomym jest, ze Ameryke znamy po jej “success stories;” tych mniej chwalebnych czynow raczej nie znamy. Jesli kogos interesuja te mniej chwalebne chwile Ameryki, to polecam ksiazke Howarda Zinna, A People’s History of the United States: 1492 – Present.

    Tak jak Ameryka krzyczy na caly swiat o rownosci, tak najzwylkeszy rasizm lezy u podstawy roznic w amerykanskim szkolnictwie. Narodowy system szkolnictwa nie istnieje; wszystkie stany, a nawet powiaty maja swobode w okreslaniu swojego wlasnego systemu. Efektem jest roznicowanie rasowe. Czarni i Hiszpanie do jednego dystryktu, biali do innego. Czarno-Hiszpanska szkola to odpadajace tynki, dziury w oknach, i lekcje na ktorych odlada sie filmy animowane Disneya (bo pani nauczycielka nie ma ochoty sie przepracowywac za pensje mniejsza niz by zarobila w Burger King), biala szkola to … wiadomo – wszystko.
    Tutaj polecam. The Shame of the Nation: The Restoration of Apartheid Schooling in America (2005), pisana przez Jonathana Kozola.

    Moze bedzie jeszcze okazja by podzielic sie dalszymi uwagami na temat Ameryki.

    By zakonczyc, kobiety kocham i bede kochal. Z ta jedyna zyje juz ponad 10 lat. Ale ona nie zmusz mnie do robienia czegos, czego nie lubie  Czego nie lubie u Chua to absolutna chec pokazania wlasnej wyzszosci i dominacji nad innymi, choc, jako osoba wyksztalcona (czyli rozumna), powinna wiedziec, gdzie jest umiar. To co prezentuje soba Chua mozna zobaczyc u Rousseau w jego “Discourse on Inequalities.” W jego mysl, to osoby pokroju Chua zapoczatkowaly wszystkie nierownosci w spoleczenstwie…. nie dlateg, ze sa od innych, z definicji, madrzejsze, tylko dlatego, ze swoj “brain power” uzywaja do manipulowania i subordynowania innych… tak jak robia to wlasnie ci Wielcy Mysliciele Harwardu.

  9. @ Jac: dziękuję za bardzo ciekawy wpis – akurat miałem ochotę poczytać nt. systemu edukacji w stanach, teraz będę wiedział, od czego zacząć. Słyszałem już wiele nt. ogromnych różnic między amerykańskim szkołami, i bardzo wyraźnej ich segregacji; wszystko to brzmi to naprawdę oburzająco… Tak sobie myślę, że warto będzie napisać rasizmie w starożytności- czy właśnie jego prawie całkowitym braku! – przy okazji jakiegoś następnego wpisu, bo to naprawdę ciekawe zagadnienie…

    Jesli chodzi o Amy Chua i kwestie kobiece – to czemu nie nazywać takiego zachowania „przemadrzaloscia”, „snobstwem”, „wywyższaniem sie” – tylko wlasnie „literatura postmenstruacyjna”? Przeciez mezczyzni sa tez (może nawet przede wszystkim?) zdolni do takich zachowań.

    Jeszcze raz dziękuję za dwa bardzo ciekawa komentarze; do napisania!

  10. OK, “przemadrzala” tygrysica Chua….., ktora nie potrafi zadowolic sie jedna antylopa. Ona musi ich miec 100. Z tej racji, 99 innych tygrysic musi nakarmic swoje mlode za kilka dni. :0

    Lew “samogniot” tez nie jest lepszy. Ale u niego to inne substancje padaja na mozg 😉

  11. Jak zwykle dyskusja pobudza do komentarza. Zgadzam sie z gospodarzem, ze metoda zmuszania dzieci do wielkich wysilkow, wedlug widzimisie rodzicow nie ma zbyt wielkiego sensu. W zydowskiej tradycji, na tabliczce, na ktorej wypisane sa litery hebrajskiego alfabetu, naklada sie miod na kazda litere, tak aby dziecko zlizujac miod z poszczegolnych liter przekonalo sie, jak slodka jest nauka.

    http://webcache.googleusercontent.com/search?q=cache:VlillXDaI8EJ:judaism.about.com/od/shavuot/a/shav_golinkin.htm+jewish+customs+school+honey&cd=1&hl=en&ct=clnk&gl=us&source=www.google.com

    Mozna oczywiscie wymusic na dziecku, aby sie nauczylo, tyle, ze nie wiem, czy ma to jakis glebszy sens. Najczesciej w szkole najlepszymi uczniami sa dzieci, ktore sa grzeczne i umieja wszystko na pamiec. Samodzielne myslenie jest nie tylko niepozadane, ale nawet szkodliwe. Coz, mozna w ten sposob wychowac poslusznego obywatela, ale kogos tworczego? Raczej watpie.

    Na miejscu „tygrysiej mamy” obawialbym sie raczej starego japonskiego (a wlasciwie – azjatyckiego) obyczaju „ubasute”, czyli praktyki pozostawiania starych, bezuzytecznych kobiet na stoku gory, albo innym odludziu, aby tam sobie spokojnie zmarly.

    Gdybym mial cos do powiedzenia w tej sprawie, to zalecalbym model grecki, ktory z jednej strony podkreslal wychowanie fizyczne, a z drugiej strony rozwoj umyslowy, gdzie nauczyciel nie tyle wbijal do glowy fakty studentowi, ile wskazywal mu droge do wiedzy.

    Pozdrawiam.

  12. Nie znalem tej zydowskiej tradycji, a bardzo mi się podoba:) Tez jestem bardzo ciekaw, jak będą się w przyszłości układaly stosunki miedzy pania Chua a jej córkami – nie zebym byl jakims voyeurystą, ale wydaje mi się, że będzie to wazny test dla reklamowanej przez nia recepty wychowawczej. Zgadzam się również, że sama pamięciówka, którą Polska szkoła stoi, nie jest dobrą podwaliną edukacji; lepiej byłoby uczniów uczyć myśleć… A propos – polecam ironiczne podsumowanie polskiego szkolnictwa:
    http://www.wykop.pl/ramka/165254/czego-uczy-nas-szkola/

  13. Amy Chua przekazuje swemu dziecku to co sama dostala od swojego ojca… byc ponizonym, bo dziecko zdobylo drugie miejce w konkursie?

    Nawiasem mowiac, Chinczycy zawsze mieszali przeciwstawne rzeczy by uzyskac wszech-balans. To dlatego mozemy jesc wieprzowine pieciu smakow… albo slodko-kwasna. Zatem, ojciec Chua (a teraz i sama Chua) harmonizuje swoje wygorowane ambicje z domieszka wstydu, zalu i depresji….. bo zawsze znajdzie sie ktos lepszy.

  14. „Wpadłem” na blog p.J.Szamałka zupełnie przypadkowo, ale zachęcony przez notkę w ostatniej „Polityce”. Chcę tu wyrazić swój zachwyt tym, że również w blogach internetowych można prowadzić mądre, kulturalne, nacechowane wzajemnym szacunkiem dyskusje. Dla mnie to oszałamiające i odświeżające odkrycie bo dotąd unikałem jak ognia śledzenia dyskusji i komentarzy w blogach (politycznych głównie) ze względu na ich rynsztokowy charakter i styl. Mój boże jak to dobrze, że istnieje jeszcze świat kulturalny choć starożytny. Pozdrawiam, szacunek

  15. Witam Pana serdecznie na blogu, i dziękuję serdecznie za ciepłe słowa! Ja też jestem zachwycony moimi komentatorami, każdemu blogerowi takich życzę:)

  16. Witam
    Temat Pańskiej notki od razu przywrócił mi wspomnienia o świetnej książce „Ja, Klaudiusz” Roberta Gravesa (jak również jej serialowej adaptacji BBC ze znakomitą rolą Dereka Jacoby’ego – dostępną chyba jeszcze na YT). Na tle większości członków tej całej zdegenerowanej rodziny cesarskiej (za wyjątkiem Klaudiusza i kilku innych członków, którzy w większości zostali zamordowani) to Liwia – która nie kierowała się jedynie egoistycznymi pobudkami,lecz również państwowymi – została najkorzystniej przedstawiona.

    Użytkownik emes5756 dziwi się wysokiemu poziomowi dyskusji. Wytłumaczenie jest proste – tematyka blogu jest dość jednak niszowa, wymagająca pewnych intelektualnych uwarunkowań, co czyni go odporną na tzw. tabloidyzację(która już np. całkowicie pochłonęła polską politykę).

    Pozdrawiam

    P.S: Dobry ruch z audycją w TOK FM,bez nie raczej bym się o istnieniu tego bloga nie dowiedział.

  17. @ selassje: „Ja, Klaudiusz” to fantastyczna książka; przeczytałem ją po raz pierwszy kilkanaście lat temu i byłem pod ogromnym jej wrażeniem. Ale Liwia też chyba nie jest tam wzorem cnót, jeśli dobrze pamiętam? Zresztą czytając dostępne źródła zawsze byłem pod wrażeniem, że ambicją i gotowością użycia wszelkich środków, by osiągnąć upragniony cel Liwia dorównywała Agrypinie – tyle tylko, że była dużo lepszym politykiem…

    Tanie sensacje rzeczywiście jeszcze nie są plagą w środowisku miłośników starożytności, ale kto wie, co nas czeka… Może „Fakt” albo „Super Express”, widząc iście oszołamiający sukces „Sztuki Antyku”, oddelegują kogoś z załogi do prowadzenia blogu na te tematy:) Już widzę te nagłówki: „Szok! Posejdon nie śpi, bo trzyma trójząb” albo „Odkryliśmy prawdę! Kleopatra miała krzywy nos!”

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php