Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie

31.07.2010
sobota

Po uszach go poznacie

31 lipca 2010, sobota,

Opisy towarzyszące greckim wazom wystawianym w muzeach są zazwyczaj straszliwie drętwe. Ot, na przykład coś w tym rodzaju:

Apulijski Lekyt aryballistyczny czerwonofigurowy, IV w. p.n.e., malarz Pandory”

Wieje nudą na kilometr. A tymczasem za każdą wazą, ba!, za każdą małą nawet skorupką kryje się ciekawa historia, która tylko czeka, żeby ją opowiedzieć. Każde ze słów w tym przykładowym opisie można rozwinąć we frapującą opowieść o starożytności – co też niniejszym zaczynam robić.

O kształtach waz i znaczeniu tychże pisałem już w innym miejscu, dziś chciałbym się zająć się ostatnim członem naszego standardowego Nudnego Opisu Wazy z Sèvres – autorstwem. Zacznijmy od oczywistości – część waz, niestety zaledwie parę procent, została przez swoich twórców podpisana.  Takie napisy są zwykle krótkie, składają się zazwyczaj z dwóch słów – „XY namalował”. Na zdecydowanej większości naczyń nie ma żadnych wskazówek co do ich autorstwa. Jednak odwiedzając galerie sztuki starożytnej zauważyć można, że każda prawie waza jest przypisana jakiemuś malarzowi – np. „Malarzowi Berlińskiemu”, „Malarzowi Butów” czy nawet „Malarzowi Włochatych Satyrów”. Skąd wytrzaśnięto te imiona? Na jakiej podstawie łączy się z nimi konkretne malowidła?

Badacze waz wychodzą z założenia, że każdy malarz ma swój własny, niepowtarzalny styl, który jest szczególnie wyraźny w drobnych detalach. Ucząc się fachu, malarz wyrabiał charakterystyczny sobie sposób rysowania np. małżowiny usznej, powiek, czy fałd ubioru. Oglądając z bliska setki, czy nawet tysiące waz można zauważyć, że niektóre z nich malowane są bardzo podobnie, co najprawdopodobniej oznacza, że wyszły  spod tej samej ręki. Najbardziej charakterystyczny aspekt rozpoznanego stylu, który pojawia się na większości przypisanych doń waz, często daje proponowanemu malarzowi imię. Na przykład naczynia, na których, wśród innych elementów, występują nadzwyczaj kudłate satyry, przypisano Malarzowi Włochatych Satyrów. Inne „imiona” ukuwane są na podstawie nazwisk kolekcjonerów czy nazw muzeów.

Jak do tej pory zidentyfikowano w ten sposób tysiące malarzy; większość z nich nazwał wynalazca rzeczonej metody, niezwykle utalentowany i cierpliwy oksfordzki badacz, Sir J.D. Beazley (1885-1970). Oczywiście, nabycie wiedzy i umiejętności pozwalających na odróżnienie tych legionów malarzy jest trudne i czasochłonne, ale same podstawy tej metody są banalnie proste, co też pragnę szanownym czytelnikom zademonstrować.

Źródło ilustracji: Wikimedia

Przed państwem trzy różne wazy (nazwijmy je, mało oryginalnie, 1,2 i 3), dwie z których stworzone zostały przez tego samego malarza. Proszę wskazać, o które chodzi? Dam czytelnikom chwilę do namysłu… [lekka, jazzowa muzyczka w tle]… Hmm, hmmm… [spogląda na zegarek]. No, tyle chyba wystarczy. Nie wątpię, że większość czytelników nie miała żadnego problemu, i poprawnie wskazała wazy 1 i 3.

Podobieństw jest mnóstwo, poczynając od dekoracyjnego paska na obrzeżach rysunku, poprzez sposób malowania ubioru i proporcje postaci, a kończąc na takich szczególikach jak kształt kostki stopy czy oka. Tak się szczęśliwie składa, że waza nr. 1 jest podpisana imieniem „Douris”, także nie trzeba ukuwać żadnej wymyślnej nazwy w stylu „Malarz Kartoflowatych Nosów”. Dla ambitnych czytelników mam drugie pytanie: spod czyjego pędzla wyszła waza nr. 2? Podpowiem, że o owym malarzu była mowa już wcześniej; proszę użyć metody Beazleya i odnaleźć wazę namalowaną w podobny sposób!

Możliwość identyfikowania malarzy, niejako wyciągania ich z otchłani anonimowości, jest dla badaczy antyku niezwykle cenna. Pozwoliła ona nie tylko na wypracowanie dokładnej, niezwykle przydatnej w wykopaliskach chronologii greckich waz, ale umożliwia też śledzenie kariery poszczególnych malarzy, a nawet tego, jak na siebie wzajemnie wpływali. Niektórzy badacze utrzymują, że są w stanie rozpoznać, którzy malarze się od siebie uczyli bądź pracowali w tym samym warsztacie…

Niestety, tej tezy, jak i wielu innych pomysłów przedstawianych przez badaczy waz, nie da się udowodnić. To wielki problem metody Beazleya – jest nienaukowa. Niektórzy eksperci posuwają się za daleko – przynajmniej wg. wielu specjalistów, jak i również w moim skromnym przekonaniu – rysując prawdziwe drzewa genealogiczne antycznych malarzy, sugerując, że można rozpoznać próby podrabiania dzieł bardziej utalentowanych kolegów po fachu, itd.; często więcej ma to wspólnego z fantazją niż z szeroko nawet rozumianą nauką. Co więcej, niektórzy akademicy traktują ś.p. John Beazley’a jako wieszcza, a jego pisma jako prawdę objawioną, nie przyjmując do wiadomości, że nawet on mógł się czasem mylić. A przecież – mam nadzieję, że wszyscy się tu zgodzimy – w nauce na żadną Biblię nie ma miejsca…

J. Szamałek

PS. Szanowni Czytelnicy – do 20-ego sierpnia jestem na Ukrainie, szukając pozostałości po starożytnych Grekach, także proszę się nie obrażać jeśli nie będę odpowiadał na Państwa komentarze. Pozdrawiam!

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. My, psy, momy nienajlepsy wzrok, więc tak na oko to jo nie umiem pedzieć, ftóre malowidło ftóry malorz wyryktowoł. Ba kiebyk mógl te malowidła powąchać – to co inksego… 😀

  2. O badaniu waz węchem jeszcze nie słyszałem! Wyczuć cokolwiek byłoby chyba ciężko, bo wypalona glina nie ma zbyt intensywnej woni, ale przecież psy mogą się pochwalić węchem nawet 1000 razy wrażliwszym niż ludzie 🙂

  3. Cóz, som wykorzystywone psy w ratownictwie, w medycynie, to moze i do badania zabytków by sie przydały? Ocywiście najpierw musiałyby uzyskać psi dyplom z archeologii abo inksej historii śtuki 😀

  4. Zbyt dużo dostojności w muzealnych wystawach. I tak być powinno (?).
    Tyle, że rośnie nam pokolenie dzieci i młodzieży wychowywanej z udziałem internetu. Prowadziłem w lipcu w Olsztynie e-Szkołę Dziecięcych Marzeń. Przy okazji dzieci zwiedziły Zamek w Olsztynie oraz Sanktuarium w Gietrzwałdzie.
    Te szacowne zabytki, z niewielkimi wyjątkami, nie spotkały się ze zbytnim (glębszym) zainteresowaniem dzieciaków.

  5. Wydaje mi się, że polskie muzea są zde-cy-do-wa-nie zbyt poważne i nadęte. Jakoś w British Museum można mieć plansze, które w przystępny i ciekawy sposób mowią, na co człowiek patrzy, a u nas jest to chyba postrzegane jako jakaś pauperyzacja…

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php