Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie Sztuka antyku - Starożytność jakiej nie znacie

28.01.2010
czwartek

Wąsy Mona Lizy i Bliźniak Spinaria

28 stycznia 2010, czwartek,

Źródło: Wikimedia

Oto jedno z najsłynniejszych dzieł Marcela Duchampa – L.H.O.O.Q. Tak, to jest po prostu reprodukcja Mona Lizy z wąsem i bródką. I tak, wiem że większość z Was tworzy takie dzieła sztuki na okładkach magazynów gadając jednocześnie przez telefon. Ale innym wielkim dziełem Duchampa jest podpisany pisuar, więc i tak nie powinniśmy narzekać.

Większość ludzi uważa, że L.H.O.O.Q. jest dość zabawne, i jestem skłonny się zgodzić.  Nie żebym miał się popłakać ze śmiechu, rzecz jasna, ale doceniam dowcip. Zastanówmy się jednak przez chwilę – czemu nas to śmieszy?

Zacznijmy od tego, że by zrozumieć żart pana Duchampa, musimy kojarzyć oryginał, na którym bazuje – mowa oczywiście o Mona Lizie Da Vinciego. Jakaś tam baba z wąsem nie wywołałaby raczej podobnego efektu. Ale słynny orignał nie może być chyba jedynym powodem, dla którego radosna twórczość pana Duchampa nas bawi. Nie zrywalibyśmy  przecież boków nad jakimkolwiek innym podobnie przerobionym portretem. O, weźmy chociaż autoportret Girodota i domalujmy mu wąsy:

Na podstawie: Wikimedia

Zabawne? Niezbyt. Wąsy u Mona Lizy są śmieszne dlatego, że ją szpecą. Postać, która dla wielu jest symbolem piękna, ikoną kobiecej tajemnicy, z wąsami wygląda absurdalnie., wewnętrznie sprzecznie. Efekt ten pogłębia tytuł dzieła („dzieła”?) Duchampa,L.H.O.O.Q., który jest fonetycznym zapisem  francuskiego elle a chaud au cul, czyli dosłownie „ma gorący tyłek”, „jest napalona”. Wyrafinowana, klasyczna Mona Liza znów jest skontrastowana z czymś codziennym, wręcz prostackim. Nasz mózg odbiera sprzeczne sygnały i interpretuje ten kontrast jako coś zabawnego.

Jak się zapewne domyślacie, wygłupy imć Duchampa służą mi tylko jako wstęp do dyskusji nad sztuką starożytną. Przedstawiam wam Spinaria – grecką rzeźbę  okresu hellenistycznego, znaną z wielu rzymskich kopii.

Źródło: Wikimedia

Rzeźba ta przedstawia chłopca wyciągającego drzazgę ze stopy. Jego twarz jest skupiona, wręcz dostojna, lekko wyidealizowana; ciało ma idealne, chłopięce proporcje. Nagość z kolei sprawia, że ta codzienna  przecież scena nabiera doniosłego wydźwięku – brak ubrań charakteryzuje zazwyczaj atletów bądź bogów. W efekcie mimo, że chłopak po prostu grzebie sobie w stopie, to przywodzi na myśl raczej Myśliciela Rodina niż jakichś tam chłopków-roztropków Breuglów czy Dudy-Gracza.

No dobrze, a teraz rzućmy okiem na terakotową statuetkę, którą odnaleziono w trakcie wykopalisk w Priene, greckim miasteczku w Azji Mniejszej (przepraszam za jakość zdjęcia!):

Źródło: Wikimedia

Już na pierwszy rzut oka widać, że ta figurka była inspirowana Spinariem. Poza jest prawie identyczna, czynność ta sama. Trudno jednak nie zauważyć różnic. Choć chłopiec z Priene też jest skupiony, to wyraz jego twarzy jest tak daleki od dostojności, jak to tylko możliwe: usta są wydęte i wystające, nozdrza rozszerzone, czoło przesadnie zmarszczone. Wszystko to sprawia, że terakotowa wersja Spinaria wygląda jak przysłowiowy wiejski przygłup. Reszta ciała też wygląda inaczej – ramiona są dużo bardziej muskularne, ręce i stopy są większe. Widać, że ten chłopiec nie biega po łące zrywając kwiatki, tylko ciężko tyra w polu. Nie ma też ani śladu po subtelnej, chłopięcej urodzie oryginału. Co więcej, terakotowy Spinario jest ubrany – i to w najgorsze łachmany, jakąs krzywo przepasaną, związana na supeł szmatę i okrągły kapelusik, typowy dla przedstawień mieszkańców wsi. Co więcej – tu musicie mi uwierzyć na słowo, nie widać tego na zdjęciu – figurka z Priene ma wielkiego, nabrzmiałego fallusa, który w sztuce starożytnej miał wydźwięk bardzo negatywny (przypuszczam, że gdyby w starożytności był internet, to najpopulanriejszą spamową wiadomością byłoby Chcesz zmniejszyć swojego penisa w 7 dni?!). Marmurowa wersja, opisana powyżej, ma rzecz jasna przyrodzenie lepiej współgrające z antyczną estetyką.

Mechanizm tej statuetki jest podobny do L.H.O.O.Q. Duchampa – subtelne piękno jest przekute w brzydotę, ideał jest zdesakralizowany i wyśmiany. A zatem pierwszy wniosek z dzisiejszego spotkania z Antykiem jest taki, że mamy podobne poczucie humoru do starożytnych.  Drugi zaś – że mieszkańcy miast lubili się pośmiać kosztem ludzi ze wsi. Kolejny wniosek jest jednak, dla mnie przynajmniej, dużo ciekawszy. Otóż żeby te terakotowe szkaradztwo  z Priene śmieszyło, ludzie je oglądający powinni byli znać oryginał. To z kolei mówi nam bardzo dużo o percepcji sztuki i jej cyrkulacji w starożytności. Dziś Mona Lizę zna każdy, bo pojawia się na tysiącach kubków, pocztówek, koszulek itd. Ale skąd mieszkańcy Priene znali Spinaria? Skąd go znał wytwórca terakot? Czy już w starożytności szeroko go kopiowano? Czy stał w jakiejś okolicznej świątyni? Czy znany był może z krążących  po greckim świecie rysunków? Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale samo ich stawianie wydaje mi się bardzo intresujące…

J. Szamałek

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php