Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

27.06.2012
środa

Perskie Ypres

27 czerwca 2012, środa,

Pierwsza Wojna Światowa była czasem innowacji. To w trakcie tego konfliktu wykorzystano po raz pierwszy na szeroką skalę samoloty i łodzie podwodne, wprowadzono na pole bitwy czołgi i granaty, a także – gaz bojowy.

22 kwietnia 1915 roku, stacjonujące pod Ypres oddziały niemieckie uwolniły na 6.5 kilometrowym odcinku frontu blisko siedemdziesiąt ton chloru. Lekki zachodni wiatr przepchnął cięższy od powietrza, żółtawy gaz na drugą stronę poprzecinanej zasiekami ziemi niczyjej i szybko wypełnił okopy francuskich jednostek. Efekt był natychmiastowy, i, jak można przypuszczać, zadowalający dla niemieckich strategów. W przeciągu 10 minut zginęło blisk sześć tysięcy żołnierzy, wielu innych zostało oślepionych.

Wojna chemiczna stała się chlebem powszednim na zachodnim froncie. Tę przerażającą codzienność opisuje w swych wspomnieniach Arthur Empey, Amerykanin, który wstąpił do armii brytyjskiej jako ochotnik.

Przy peryskopie był nowy chłopak… czyściłem mój karabin, gdy usłyszałem, jak woła >>spływa do nas jakiś dziwny, zielono-żółty dym, od strony…<<. Nie czekałem, aż skończy, zacząłem walić bagnetem… w pustą łuskę na alarm… Gaz płynie szybko, na założenie maski ma się jakieś osiemnaście do dwudziestu sekund… Jeden z szeregowców obok mnie był za wolny, padł na ziemię, ściskając się za gardło; wstrząsnęły nim drgawki, zaraz potem zmarł… Nie moglismy mu nijak pomóc…

Okropne, bestialskie, barbarzyńskie. Dobrze, że chociaż w starożytności walczono inaczej, honorowo, mieczem i tarczą, nie uciekając się do takich trzóchliwych metod… Prawda? Cóż, może i prawda, ale wydaje mi się, że wynikało to z braku środków raczej niż z powodu jakiejś moralnej wyższości przeszłych ludów. Dobrze ilustruje to stosunkowo niedawne odkrycie z tuneli ciągnących się pod Dura-Europos, potężnym mieście położonym w dzisiejszej Syrii.

W wykopaliskach prowadzonych w latach 20-tych i 30-tych, francuski archeolog Robert du Mesnil du Buisson natrafił na sieć podziemnych przejść, które szybko połączył z rokiem 256 n.e., kiedy to sassanidzcy Persowie próbowali zdobyć będące wówczas w rzymskich rękach miasto. Najwyraźniej oblegające wojska spróbowały wedrzeć się do Dury-Europos poprzez podkop. Co ciekawe, stratygrafia i znaleziska wskazywały również, że korytarze zaczęli też ryć Rzymianie, którzy najwyraźniej zdali sobie sprawę z perskieg wybiegu i starali mu się przeciwdziałać.

W jednym z korytarzy francuski archeolog odnalazł szkielety 19 rzymskich wojowników w pełnym rynsztunku. Ich korytarz łączył się z położonym niżej podkopem, gdzie znaleziono z kolei ślady ognia i ciało żołnierza perskiego, który, jak można wnioskować po ułożeniu ciała, zmarł jakąś koszmarną, bolesną śmiercią; ponadto tuż przed zgonem próbował zerwać z siebie zbroję.

Du Buisson założył, że perscy żołnierze, słysząc buszujących wyżej Rzymian, rozpalili ogień, który doprowadził w jakiś sposób do ich śmierci. Jednak, jak słusznie zauwazył Simon James z University of Leicester, taka rekonstrukcja wydarzeń nie ma sensu, bowiem na szkieletach nie było śladów ognia; nie tłumaczyło to też bolesnej śmierci jednego z perskich wojowników. James przypuszczał początkowo, że przerażeni Rzymianie wzajemnie się stratowali. Kiedy jednak wczytał się w raporty wykopaliskowe du Buissona i dowiedział się, że na ścianach odkryto ślady siarki, zmodyfikował swoją teorię. W zaproponowanej przezeń hipotezie, Persowie dodali do ognia siarkę i łatowpalne substancje, co spowodowało wydzielenie się trującego gazu, który następnie uleciał przez otwór – wykopany przez samych Rzymian czy tez może Persów – łączący podkop atakujących z tym należącym do obrońców, położonym wyżej. Trujący gaz doprowadził do śmierci Rzymian, ale i jednego z atakujących – który być może próbował zdjąć z siebie ciężką zbroję w desperackiej próbie złapania oddechu. Było juz jednak za późno – dym zamienił się w jego płucach w kwas siarkowy.

Grecy, Rzymianie i Persowie dopuszczali się wielu okrucieństw. Mordowali ludność zdobytych miast, posłów i bezstronnych cywilów; gdyby wspomnienia Cezara z wojen galijskich przedstawić w  Hadze, dumny przedstawiciel rodu julijskiego wylądowałby niechybnie na w sądowych ławach, oskarżony o ludobójstwo. Niestety, „dawno, dawno temu” nie było wcale lepiej i różowiej; tak jak i dziś, ludzie byli gotowi zrobić wszystko, byle tylko wygrać wojnę. Jak pokazuje przykład z Dury-Europos, gdyby tylko mieli ku temu możliwości, starożytni nie mieliby oporów przed użyciem broni chemicznej…

J. Szamałek



16.06.2012
sobota

O dzieciach słów kilka

16 czerwca 2012, sobota,

Z właściwym sobie refleksem szachisty, przedstawiam dziś Państwu wpis na Dzień Dziecka. Cóż, lepiej późno, niż wcale! Pomyślałem sobie, że zamiast snuć poważne teorie i konstruować zaskakujące alegorie, pokażę po prostu kilka przedmiotów, które przybliżą tematykę dzieciństwa w czasach antyku lepiej, niż słowa. I, jak to zwykle bywa, będzie okazja, by z mądrą miną powiedzieć „Już w starożytności…”

1. Nocniczek

Małe dzieci mają niestety to do siebie, że nie kontrolują swoich potrzeb fizjologicznych – najpierw muszą opanować pewną kluczową partię mięśni, a potem zostać wdrożonym do kultury, która broni załatwiania się gdzie i kiedy bądź. Do tego czasu trzeba radzić sobie półśrodkami. Intrygowało mnie zawsze, jak dawały sobie radę z podobnym problemem Greczynki – nie miały w końcu do dyspozycji jednorazowych pieluch czy chusteczek dezynfekujących. Nie muszę chyba pisać, że mężczyźni takimi sprawami się nie zajmowali i nie interesowały one starożytnych pisarzy. Całe szczęście, malarze wazowi nie bali się poruszyć tej pozornie banalnej tematyki.

Fot. Autor

Jak widać na tej wazie z V w. p.n.e., jednym z wybiegów starożytnych matek było umieszczanie dzieci w foteliko-nocnikach. Wówczas można było mieć dziecko na oku, a przy okazji upewnić się, że nie pobrudzi dopiero co wyszorowanej podłogi. Co ciekawe, egzemplarz takiego wielofunkcyjnego nocnika został odnaleziony w Atenach, można go dziś oglądać w Muzeum Agory (zdjęcie). Przy okazji wspomnę, że naczynka takie, jak to widoczne na zdjęciu, stanowiły prezenty wręczane dzieciom na festiwalu religijnym zwanym Anthesteria.

2. Chodzik

Kolejnym ważnym w życiu dziecka etapem jest opanowanie sztuki stawiania kroków. Choć sam jeszcze tego nie doświadczyłem, z obserwacji wnoszę, że nauka chodzenia jest procesem czasochłonnym i, z perspektywy rodzica, fizycznie wyczerpującym. Nic zatem dziwnego, że i tu antyczni Grecy próbowali ułatwić sobie życieco doskonale ilustruje ta oto terakotowa figurka.

Fot. Autor

Przedstawione tu dziecko (swoją drogą – strasznie puciate) uczy się poruszać w pionie przy pomocy chodzika.Ten starożytny egzemplarz jest zaskakująco podobny do współczesnych, plastikowych modeli, choć musiał być oczywiście znacznie od nich cięższy.

3. Zabawki dla dzieci małych…

Dziś rodzic szukający zabawki dla niemowlęcia stoi przed istną klęską urodzaju. Ma do wyboru misie z wbudowanymi katarynkami, interaktywne lalki, statki i kaczki do puszczania w wannie, a nawet skomplikowane plastikowe machiny, które błyskają diodami i wydają z siebie kilkadziesiąt przeróżnych, najczęściej bardzo dla dorosłych irytujących, odgłosów. Pomimo tak ostrej konkurencji, wśród wszystkich tych cacek wciąż dobrze trzyma się zabawka prastara – czyli grzechotka. Najstarsze zabawki tego typu pochodzą z Egiptu, ale używali ich też Grecy. Prosty egipski design ich jednak najwyraźniej nie satysfakcjonował, bo swoim grzechotkom nadawali wyrafinowane, nierzadko zaskakujące kształty – na przykład pękatej świni czy, jak na zdjęciu poniżej, szczerzącego kły lwa.

Fot. Autor

4. …i starszych

Grzechotki, choćby i najwymyślniejsze, na starszych dzieciach nie zrobią wrażenia. Grecy mieli dla nich inne zabawki – lalki, w tym takie z ruchomymi kończynami, bączki, koniki na kołach, i tak dalej. Najbardziej zaskakujące jest jednak chyba to, że greckie dzieci bawiły się też… jojo, jak widać na wazie przedstawionej poniżej:

Miałem się co prawda nie wymądrzać, ale nie byłbym sobą, gdybym nie pokusił się o parę obserwacji. Po pierwsze, przedstawione tu obiekty uzmysławiają nam, że doświadczenia rodzica i dziecka mają, niezależnie od epoki, pewne stałe punkty. Wychowanie dziecka stawia przed rodzicem serię wyzwań i problemów z którymi, jak widać, radzimy sobie podobnymi sposobami, co starożytni Grecy. Po drugie, widać, jak ważne jest świadectwo archeologiczne przy analizie pewnych aspektów życia codziennego, które autorom pokroju Tukidydesa czy Platona wydawały się niewarte wzmianki. Cóż, najwyraźniej starożytni nie zdawali sobie sprawy z tego, jakim hitem mogłyby być dzieła pokroju „Jak wychować grzeczne dziecko”…

J. Szamałek



 

1.06.2012
piątek

Rzymianie i środowisko – część II

1 czerwca 2012, piątek,

Część pierwsza

Skażone pobocze i zatrute porty


Ołów był nie tylko ubocznym produktem eksploatacji metali szlachetnych, ale i cenionym surowcem – jak pisał Pliniusz Starszy, „chciwość pragnie srebra, ale ucieszy się i z ołowiu”. Już jego wydobycie odbijało się na środowisku, a kolejne zagrożenie dla środowiska wiązało się z jego transportem.

Co roku jesteśmy ostrzegani w mediach, by nie kupować produktów spożywczych w przydrożnych kramach – jedzenie wystawione na poboczach tras jest bowiem zapewne skażone metalami ciężkimi. Nowe badania archeologiczne sugerują, że okolice niektórych rzymskich dróg były równie silnie zanieczyszczone.

Na odcinku starożytnej trasy odkrytej we wschodniej Belgii stężenie ołowiu i cynku kilkakrotnie przewyższyło regionalną średnią. Jako, że Rzymianie nie używali silników spalinowych, źródeł tego zanieczyszczenia można upatrywać w transporcie rud metali.Ołów podróżował też na statkach – i to nie tylko jako towar, ale i element wyposażenia. Wiązało się to z tym, że metal ten nie rdzewiał, co w oczach starożytnych marynarzy musiało być nie lada zaletą. Badania przeprowadzane przez archeologów na rzymskich wrakach wykazały, że ołowiu używano do produkcji kotwic, ciężarków, pieców, okucia wioseł i wzmacniania kadłuba. Tak wysokie stężenie tego toksycznego przecież metalu musiało fatalnie wpływać na zdrowie załogi. Co więcej, efekty powszechnego używania ołowiu przez starożytnych marynarzy są odczuwalne i dziś. Jak się okazało po wnikliwej analizie, duże ilości ołowiu w wodach portów w Aleksandrii i Saidzie nie są efektem współczesnej działalności przemysłowej, jak początkowo przypuszczano, lecz pochodzą z warstw rzymskich; w Aleksandrii stężenie tego metalu jest wciąż dwa razy wyższe, niż we współczesnych portach przemysłowych. Łowiąc ryby w okolicy swojego miasta, mieszkańcy Aleksandrii zatruwają się ołowiem przywiezionym do portu blisko 2000 lat temu.

Łyk ołowiu

Ołów był obecny nie tylko w życiu marynarzy i mieszkańców miast portowych, lecz każdego obywatela Imperium. Metal ten był bowiem również wykorzystywany do produkcji rur, używanych później w wodociągach, jak i naczyń. Jest to o tyle ciekawe, że już Witruwiusz pisał o szkodliwości takich zwyczajów „Woda płynąca przez gliniane rury jest zdrowsza niż ta przepuszczona przez ołów. Można rzec nawet więcej – że woda z ołowiu jest szkodliwa…Prawdziwość tego stwierdzenia można potwierdzić obserwując ludzi pracujących z owym metalem, którzy są bardzo bladzi”. Uwagi te zapewne zignorowano, jako bezpodstawne czarnowidztwo naukowca.Nawet jeśli ktoś nie używał wodociągów z ołowianymi rurami, pił ów metal w winie. Trunek ten był bowiem konserwowany i cukrzony przy użyciu substancji takich jak sapa czy defrutum – to jest gęstych, słodkich soków z winogron, gotowanych w ołowianych garnuszkach, których dodawano w proporcji jeden do pięćdziesięciu części wina. Szacuje się, że pijąc litr takiego wina dziennie przez rok – co dla starożytnych, którzy używali tego trunku zamiast wody, nie byłoby niezwykłym wyczynem – trafilibyśmy do szpitala z ostrym zatruciem ołowiowym. Stan ten prowadził do bezpłodności i szaleństwa, a czasem nawet śmierci. Skalę problemu ilustruje szkielet znaleziony w Pompejach, którego kości zawierały blisko dwa razy więcej ołowiu, niż u współczesnego człowieka, i blisko trzydzieści razy więcej niż u mieszkającego na wsi antycznego Greka.Ołów był również ważnym komponentem rzymskich kosmetyków – czerwony tlenek ołowiu (tzw. minia ołowiowa) używany był jako róż, a biały węglan ołowiu (inaczej cerusyt) stanowił bazę dla pudrów. Przepis na taki makijaż podaje w jednym z wierszy Owidiusz, zapewniając, że uczyni on twarz każdej niewiasty atrakcyjniejszą. Mało tego – niektórzy rzymscy lekarze zalecali niektóre związki ołowiu jako środek antykoncepcyjny! Dziś wiemy, że takie zabiegi musiały mieć poważne konsekwencje dla zdrowia.

Trujemy się dalej

Łatwo się użalać nad Rzymianami – dziś wszakże doskonale wiemy, że ołów jest silnie trujący, i staramy się go unikać. Nadal jednak popełniamy ten sam błąd, co starożytni – sami otaczamy się substancjami, które są niebezpieczne dla zdrowia. Jest to tym bardziej godne pożałowania, że, w przeciwieństwie do Rzymian, mamy do dyspozycji naukę, która pozwala zidentyfikować niebezpieczne materiały.Według amerykańskiej Environmental Protection Agency, (odpowiednik Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska) 232 różnych toksycznych substancji zostało odkrytych w krwi pępowinowej noworodków, co jest wyraźnym dowodem na to, że żyjemy w niezdrowych warunkach. Mleko matek przebadanych w Niemczech okazało się tak silnie skażone, że gdyby było produktem spożywczym, nie zostałoby dopuszczone do sprzedaży. Michael Braungart i William McDonough, autorzy książki Cradle to Cradle, opisującej między innymi grzechy współczesnej architektury, ostrzegają, że trujące substancje wchodzą do naszego organizmu przy każdym wdechu – ponoć tylko pięćdziesiąt z kilkuset substancji używanych do produkcji farb zostało uznanych za w pełni bezpiecznych dla zdrowia.

Niektórzy badacze starożytności, tacy jak J. Nriagu, przypuszczali, że zatrucie wszechobecnym ołowiem walnie przyczyniło się do upadku Imperium – otoczeni tym szkodliwym metalem Rzymianie mieli podupadać na zdrowiu, tracić płodność i rozum. Ciężko stwierdzić, jaki dokładnie wpływ miał ołów na stan cesarstwa, ale z pewnością odbił się on na zdrowiu wielu ich obywateli. Mało tego, zalegające w wielu miejscach koncentracje wydobytych przez nich toksycznych metali zatruwają ludzi też i dziś. Powinna być to lekcja i dla nas – oby archeolodzy przyszłości nie musieli się zastanawiać, jaki wpływ na upadek cywilizacji XXI wieku miały trujące farby i plastiki.
J. Szamałek

22.05.2012
wtorek

Rzymianie i środowisko – część I

22 maja 2012, wtorek,

Postęp naszej cywilizacji zapiera dech w piersiach, ale płacimy za to wysoką cenę, jaką jest stopniowa dewastacja Ziemi. Szacuje się, że każdego roku z powierzchni planety znika ponad sto tysięcy gatunków i wyciętych zostaje trzynaście milionów hektarów lasu. Zanieczyszczanie środowiska mści się na naszym zdrowiu – trujące gazy, które pompujemy do atmosfery, mogą powodować nawet 3% śmierci, a skażona woda odpowiada za około czternaście tysięcy zgonów każdego dnia. Nie jesteśmy bezpieczni nawet we własnych domach – farby i tworzywa sztuczne, którymi jesteśmy otoczeni, mogą prowadzić do chorób układu oddechowego i raka. Zaawansowana technologia i niezaspokojone zapotrzebowanie na zasoby naturalne obniża jakość naszego życia, zagraża nam i całemu środowisku. Cóż – jak pokazuje archeologia i historia starożytnego Rzymu, nie po raz pierwszy.

Rzeź na arenach

„Zgodnie z moimi rozkazami, łowcy wzięli się za poszukiwanie panter” – napisał mówca Cyceron w liście do swego przyjaciela – „…ale jest ich tu wielki niedobór, a te, które są…uciekają poza moją prowincję, do Karii”. Te dzikie koty, które udało się w końcu złapać, wysłano z pewnością do Rzymu, gdzie, wraz z innymi bestiami, zostały ubite ku uciesze ludu. Potomkowie Romulusa lubowali się bowiem nie tylko w szeroko opisywanych walkach gladiatorskich, ale i w pozorowanych polowaniach, zwanych venationes.

Rzymscy politycy chcący zapewnić sobie przychylność ludu musieli go odpowiednio zabawić – dlatego też stawali na głowie, by na organizowanych przez nich igrzyskach było jak najwięcej zwierząt, i to jak najegzotyczniejszych. Zarządzający prowincjami urzędnicy organizowali więc masowe polowania, do których czasem angażowano nawet armię, by zapewnić nieprzerwaną dostawę budzących grozę bestii.

Skala venationes była porażająca. Pompejusz sprowadził 600 lwów na jedne tylko igrzyska, a Oktawian August chwalił się, że w trakcie jego panowania zabito na rzymskich arenach 3500 różnych zwierząt. Cyfry te bledną, kiedy zestawi się je z „polowaniami” organizowanymi przez późniejszych cesarzy. Kiedy za czasów Tytusa oddano wreszcie do użytku Koloseum, w ramach inauguracji zabito 9000 dzikich zwierząt w ciągu zaledwie stu dni, a cesarz Trajan sprowadził aż 11,000 bestii na igrzyska celebrujące jego zwycięstwa nad Dakami. Nie wiemy, ile zwierząt zabijano nad Tybrem w skali roku, ale musiała być to liczba ogromna i ciągle wzrastająca. Nie dość, że każdy kolejny polityk czy cesarz chciał prześcignąć swoich poprzedników i zorganizować jeszcze dłuższe i bardziej imponujące venationes, to i okazji do świętowania przybywało w błyskawicznym tempie. O ile za czasów Augusta mieszkańcy Wiecznego Miasta spędzali na igrzyskach „tylko” 77 dni w roku, to w III w n.e. w Koloseum krew lała się przez 177 dni. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że tego typu rozrywki miały miejsce nie tylko w Rzymie, ale każdym większym mieście Imperium, nie sposób uniknąć konkluzji, że wybijano dosłownie dziesiątki tysięcy dzikich zwierząt każdego roku. Warto przy tym zauważyć, że starożytni lubili na arenach oglądać groźne, duże zwierzęta – a więc takie, które zwykle stoją na szczycie łańcucha pokarmowego i, co za tym idzie, występują relatywnie rzadko. Do tego rzecz jasna należy dodać polowania na zwierzęta dla mięsa i skór – tu jednak nie dysponujemy równie szczegółowymi danymi.

Zestawiając dane archeologiczne i teksty literackie można oszacować skalę konsekwencji venationes. Na początku istnienia Imperium, północna Afryka zamieszkana była przez lwy, nosorożce, zebry i słonie – żaden z tych żyjących w tym rejonie gatunków nie doczekał upadku Rzymu. Ursus arctos crowtheri, podgatunek niedźwiedzia brunatnego występujący tylko w Afryce północnej, został za czasów starożytnych zdziesiątkowany i nigdy już nie odzyskał swej niszy ekologicznej; ostatniego osobnika ubito na początku XIX wieku. Z kolei tygrysy Armenii i Iranu – a więc najbliższych Rzymowi obszarów przez nie zamieszkiwanych –zostały wytępione całkowicie. Podobny los spotkał też zapewne i żyjące w Azji Mniejszej pantery, o których pisał Cyceron.

Oczywiście, wpływ Rzymian na otaczający ich ekosystem było dużo mniejszy, niż człowieka XXI wieku, można jednak wnioskować, że w wyraźnym stopniu przyczynili się oni do ograniczenia bioróżnorodności basenu Morza Śródziemnego. Nic nie wskazuje na to, by Rzymianie byli świadomi długofalowych konsekwencji swoich działań, ani nie odczuwali wyrzutów sumienia z ich powodu. Raz tylko słyszymy, by obecnym na venationes żal był zabijanych zwierząt. Kiedy w trakcie igrzysk organizowanych przez Pompejusza urządzono „polowanie” na dwadzieścia słoni, okazało się, że zwierzęta te bronią się wyjątkowo dzielnie i mądrze. Publiczność stanęła w końcu po stronie bestii, uznając, jak pisze Cyceron, „że musi ona być bliska człowiekowi”. To szlachetne uczucie nie zakorzeniło się jednak w rzymskiej duszy na stałe; kiedy zaledwie dziewięć lat później na igrzyskach zorganizowanych przez Cezara ubito czterdzieści słoni, nikt nie oponował.

Klątwa kopalni

Okolice Khirbet Faynan w południowej Jordanii sprawiają wrażenie dziewiczych – poza wyprażonym przez słońce piaskiem i ubogą roślinnością nie ma tam prawie nic. Jednak w czasach rzymskich region ten tętnił życiem, które koncentrowało się na Phaino, mieście, które było jednym z najważniejszych centrów metalurgicznych starożytnego świata. Przeprowadzone tu niedawno badania pokazują, że ta odległa przeszłość wciąż ma wpływ na życie okolicznych mieszkańców.

Próbki roślin pobranych w okolicach dawnego Phaino – takich jak na przykład babka pierzasta – charakteryzowała 16 razy wyższa zawartość ołowiu i 5.5 razy wyższa koncentracja miedzi, niż w przypadku grupy kontrolnej zebranej kilka kilometrów dalej. Stężenie metali w takich ilościach jest niebezpieczne dla zdrowia i życia. Co więcej, metale te trafiały do organizmów wypasanych w pobliżu Khirbet Faynan kóz; zawartość szkodliwych substancji w ich włosach okazała się porównywalną z tą, jaką odnotowano u zwierząt żyjących nieopodal współczesnych odlewni metali. Innymi słowy, efekty rzymskiego głodu surowców są odczuwalne nawet po 2000 lat! Nic dziwnego, że Eusebiusz z Cezarei pisał, że nawet najtwardszy recydywista nie przeżyje w kopalniach Phaino więcej, niż kilka dni.

Przypadek Khirbet Faynan nie jest bynajmniej odosobniony – ślady równie, albo i bardziej destrukcyjnej działalności można do dziś badać w Hiszpanii, słynącej w starożytności z bogatych złóż metali szlachetnych. W rejonie Plasenzuela w Extremadurze zalegają tony odpadów wytworzonych w procesie wydobywania srebra; w niektórych miejscach gleba przysypana jest kilkumetrowymi warstwami rzymskiego żużlu. Znów – stężenie ołowiu, cynku, kadmu i arszeniku jest tu kilka razy wyższa niż w innych regionach Hiszpanii. Co więcej, część tych substancji jest wypłukiwana przez rzeki, co prowadzi do skażenia ziem leżących blisko 20 kilometrów od Plasenzueli.

Efekty rzymskiej eksploatacji odczuwalne były nie tylko na poziomie lokalnym, ale i globalnym. Rdzenie lodu z Grenlandii wykazują znaczący przyrost stężenia ołowiu w powietrzu między mniej więcej 600 r. p.n.e. a 300 r. n.e., co pokrywa się z rozkwitem starożytnych cywilizacji. Analiza izotopów pozwoliła na określenie źródła ołowiu, który znalazł się w atmosferze, a następnie opadł w Grenlandii. Jak się okazało, 70% tego metalu w warstwach datowanych do 150 r. p.n.e. – 50 n.e. pochodziło ze złóż w Hiszpanii, która, jak wiemy ze źródeł archeologicznych i literatury, były centrum rzymskiego kopalnictwa. Jak widać, zapotrzebowanie na srebro – które występuje właśnie wraz z ołowiem – doprowadziło do skutków odczuwalnych na skalę światową.

CDN

11.05.2012
piątek

Kobieca ręka

11 maja 2012, piątek,

Czytałem niedawno książkę o kobietach w historii sztuki europejskiej. Nie chodziło jednak o kobiety występujące w roli motywu czy inspirujących muz, lecz artystki, które same chwytały za dłuto czy pędzel. Pierwszy rozdział traktował o Włochach epoki renesansu, ostatni – o czasach współczesnych.

Jak nietrudno się domyślić, przez większość czasu kobieta-artystka była ewenementem. Nie wynika to rzecz jasna z nierównego rozłożenia talentów plastycznych, lecz z tego, że kobietom długo wzbraniano dostępu do odpowiedniej edukacji bądź prawa do wykonywania wolnego zawodu. Te nieliczne damy, które odniosły sukces artystyczny jako  artystki, były często córkami malarzy bądź rzeźbiarzy – jak choćby Fede Galizia czy Caterina van Hemessen.

Książka była ciekawa – żałuję tylko, że narracja zaczyna się dopiero w XIII-wiecznych Włoszech. W końcu kobiety-artystki pojawiają się na historycznej scenie znacznie wcześniej, w tym, rzecz jasna, w starożytności. Zamiast narzekać, wezmę się za częściowe przynajmniej uzupełnienie tej luki.

O chwytających za pędzle kobietach słyszymy czasem od starożytnych autorów – choćby Pliniusza Starszego, którego magnum opus, Historia Naturalis, zawierała też rozdziały dotyczące historii sztuki. Pliniusz wspomina między innymi niejaką Helenę z Egiptu, której dzieła były szczególnie wysoko cenione, czy Irenę, autorkę słynnego onegdaj portretu Diany, którą opisywał później Boccaccio. Pliniusz zdaję się jednak nie być entuzjastą artystycznej emancypacji – pisząc o kolejnej malarce, Timarecie, stwierdza, że wybierając sztukę „wzgardziła kobiece obowiązki”.

Co ciekawe, większość starożytnych artystek było, tak jak ich koleżanki po fachu z Włoch epoki Renesansu, córkami malarzy. Nie jest to przypadek – odbieranie nauki w domu, z rąk członka własnej rodziny, było zapewne jednym z niewielu sposób na obejście społecznych norm niechętnych twórczym, niezależnym kobietom.

Żadne z dzieł wspomnianych przez Pliniusza malarek nie zachowało się. Niewiele możemy się dowiedzieć na temat kobiet-malarek z materiału archeologicznego – większość starożytnych dzieł nie była podpisywana rzez swoich twórców; wśród nielicznych zachowanych sygnatur na próżno szukać damskich imion. Istnieje jednak jedna waza, która pozwala być może wejrzeć w świat kobiety-malarki.

Źródło: vroma.org

Przedstawione powyżej malowidło zdobi hydrię (naczynie na wodę),  wykonaną w Atenach w V w. p.n.e. Widać na nim scenę z warsztatu garncarskiego, albo, jak sądzą niektórzy badacze, metalurgicznego. Rzemieślnicy, w zależności od interpretacji, malują wypalone z gliny naczynia, bądź wykańczają odlane z brązu wazy. Na środku sceny widać Atenę, która lada moment złoży wieniec na głowie jednego z malarzy. Nie jest to motyw wyjątkowy – bogini mądrości często przedstawiana jest jako patronka ateńskich rzemieślników. Poza Ateną widzimy też dwie inne uskrzydlone postaci – są to zapewne jakieś personifikacje, ale ciężko jest ustalić ich tożsamość ponad wszelką wątpliwość.

Bardziej niż boginie interesują mnie w tej scenie śmiertelnicy. Jeden z nich, widoczny z lewej strony, jest zupełnie nagi. Znów, nie jest to wyjątek – istnieją też inne wazy pokazujące rzemieślników w stroju adamowym, jak choćby tak zwany Foundry Cup, pokazujący proces tworzenia brązowej rzeźby. Można przypuszczać, że nie mamy tu do czynienia z nagością heroiczną, lecz praktycznym wyborem, który pozwalał na zdzierżenie bijącego od pieców gorąca.

Postać trzecia od lewej jest wyraźnie mniejsza od pozostałych. W ten sposób malarz chciał zapewne zaznaczyć, że mamy tu do czynienia z młodzieńcem, a nie dorosłym mężczyzną. Potwierdza to świadectwo źródeł pisanych, dzięki którym wiemy, że dzieci zaczynały czasem pracę zarobkową dość wcześnie. Być może jest to niewolnik – tych rzecz jasna zaganiano do pracy tak wcześnie, jak było to tylko możliwe.

Wreszcie, w prawym rogu sceny, natrafiamy na… kobietę! Jej płeć sygnalizuje wyraźnie strój i fryzura. Ewidentnie nie jest to klientka ani przechodzień – siedzi wraz z innym rzemieślnikami w warsztacie; malutkim pędzlem nanosi dekorację na woluty wielkiego krateru (naczynia do mieszania wina).

Jak mamy rozumieć tę scenę? Czy ta kobieta siedziała w jednym pomieszczeniu z nagimi mężczyznami? Czy była niewolnicą, której wystawieniem na nagie męskie ciało nikt się nie przejmował, córką prowadzącego zakład garncarza, a może wolną mieszkanką Aten, która zaciągnęła się do pracy? Nie poznamy odpowiedzi na żadne z tych pytań. Niezależnie od tych zagadnień możemy jednak uznać, że świat ateńskich rzemieślników nie był wyłącznie domeną mężczyzn. Ciekawe, ile zachowanych do naszych czasów waz malowała kobieca ręka?

J. Szamałek

27.04.2012
piątek

Woskowe dziedzictwo

27 kwietnia 2012, piątek,

Przeczytałem gdzieś niedawno, że Porto zostało ogłoszone najlepszym miejscem w Europie na wakacje w roku 2012. Odwiedziłem to miasto parę lat temu i potwierdzam, że faktycznie jest niezwykle urodziwe i interesujące. Wśród licznych jego atrakcji znajdują się między innymi bogato zdobiony, barokowy kościół Clerigos, secesyjna Majestic Cafe i liczne winnice, w których skoszotwać można różnych gatunków porto, wzmacnianego wina, które nosi nazwę miasta.

Mi jednak najbardziej zapadły w pamięć nie architektura, trunki czy piękna plaża, ale… sklepik z dewocjonaliami, na który przypadkowo natrafiłem podczas długiego spaceru. W witrynie tegoż przybytku wystawiono różańce, przedstawienia świętych, mniej lub bardziej kiczowate figurki Matki Boskiej, zdjęcia Ojca Pio, wszelkiej maści i rozmiarów krzyżyki – a także odlane z wosku wota, przedstawiające różne części ciała. Zrobiłem sklepowej wystawie zdjęcie, ale gdzieś mi się ono na twardym dysku zagubiło, odsyłam Państwa zatem do innej fotografii, na której uwieczniono takie właśnie woskowe odlewy z sanktuarium fatimskiego.

Te nogi, główki i inne części ciała wyglądają troszkę jak rekwizyty z horroru klasy C – można je sobie wyobrazić jak, oblane czerwoną farbą, walają się po jakimś wyrzeźbionym w styropianie wampirzym leżu, owianym mgłą pompowaną z dymownicy… Te kawałki ciała nie mają jednak wcale straszyć wiernych, lecz im pomóc. Cierpiący pielgrzym składa w kościele odlew tej części ciała, którą dotknęła choroba. Następnie te wszystkie woskowe stopy, oczy i inne elementy anatomii spala się, licząc na to, że zabieg ten przywróci zdrowie.

Bardzo podobne, ale znacznie starsze przedmioty można obejrzeć w londyńskim British Museum:

Fot. Autor

Mamy tu, od lewej, macicę, oko, ucho i pierś – co prawda tak nienaturalnie, perfekcyjne półkolistą, że wygląda jak beret z antenką. Te kawałki ciała pochodzą z czasów rzymskich. Zrobiono je z gliny, nie z wosku – ale wiemy, że starożytni używali też i tego materiału, który jednakowoż rzadko kiedy zachowuje się do naszych czasów. Ich rola była bliska tej portugaliskich odpowiedników – składano je w świątyniach, by poprosić o uleczenie bądź podziękować za nie.

Jako, że Portugalia była przez kilka ładnych stuleci częścią rzymskiego imperium, można przypuszczać, że nie mamy tu do czynienia z konwergencją (niezależnym wypracowaniem takiego samego rozwiązania czy modelu zachowania), lecz kontynuacją starożytnych tradycji. Jest w tym coś niesamowitego – choć upłynęło tyle czasu, zmienił się język, bogowie, świątynie, a medycyna zrobiła kolosalne postępy, chorujący mieszkańcy Porto proszą o pomoc w ten sam  sposób, co różni Lucjusze i Kwintusze sprzed dwóch tysięcy lat.

J. Szamałek

17.04.2012
wtorek

Epikurejska krytyka reklamy

17 kwietnia 2012, wtorek,

Ładnych parę lat temu natknąłem się na plakat promocyjny pewnego piwa – nazwy nie podaję, żeby nie być posądzonym o kryptoreklamę – który urzekł mnie swoją prostotą. Na jednolitym, białym tle umieszczono butelkę rzeczonego napoju, a obok niej napis: „Piwo X jest bardzo dobre”. I nic więcej.

Czy rzeczony trunek faktycznie był taki smaczny ciężko mi powiedzieć, bo nie miałem okazji go spróbować; zresztą i tak pewnie nie poznałbym się na jego ewentualnych walorach, bo żaden ze mnie piwosz. Spodobało mi się jednak, że ów browar nie obiecuje nam, iż łyk produkowanego przezeń napoju przysposobi nam przyjaciół czy powodzenie u płci pięknej, jak wynika często ze spotów konkurencji.

Reklamy rzadko kiedy odwołują się dziś do konkretnych cech polecanego produktu. Filmik prezentujący aparat komórkowy nie pokazuje nowych funkcji, tylko młodych, atrakcyjnych ludzi na imprezie; reklama samochodu nie skupia się na jego osiągach, tylko oglądających się zań z zazdrością przechodniach; plakat zachwalający męski dezodorant nie próbuje nas przekonać, że używając go unikniemy przykrego zapachu, zawiera w sobie za to obietnicę, że jego woń zadziała na każdą kobietę jak obezwładniający afrodyzjak. Każdy z nas ma niespełnione marzenia, obawy, kompleksy – a copywriterzy próbują nam wmówić, że możemy te problemy rozwiązać danym produktem. Nie masz kumpli? Napij się piwa. Nie masz powodzenia? Spokojnie, spsikaj się tylko naszymi perfumami.

Te obietnice nie są rzecz jasna prawdziwe – dlatego dany zakup często zamiast pomóc czy nawet poprawić humor, pogłębia tylko Weltschmertz. Choroba naszych czasów, chciałoby się rzec, ślepy konsumeryzm XXI wieku i zgniły kapitalizm… Jak to zwykle jednak bywa, problem jest starszy, niż by się mogło wydawać.

***

Oenoanda jest miastem położonym w Lycii, starożytnej krainy położonej na południowo-zachodnim krańcu dzisiejszej Turcji, na szczycie stromego wzgórza. Odkryto je w latach czterdziestych XIX wieku. Początkowo wydawało się, że niewiele różni te ruiny od setek innych wymarłych antycznych miast, którymi usiane są zachodnie wybrzeża Morza Śródziemnego. Jak się jednak okazało, Oenoanda skrywała prawdziwy skarb – najdłuższą znaną nam starożytną inskrypcję, pochodzącą z II w n.e.

Źródło: Wikimedia; fot. Ansgar Bovat

Napis ten liczył sobie aż 25.000 słów i zajmował blisko 260 metrów kwadratowych. Wykuto go na kamiennych panelach, które zawisły na ścianach specjalnie na tę okazję zbudowanego placyku, otoczonego kolumnadą i ozdobionego rzeźbami. W odróżnieniu od innych inskrypcji zbliżonej długości, napis z Oenoandy nie traktuje o honorach przyznanym królom, dyplomatycznych sojuszach czy wydarzeniach natury religjnej. Te tysiące słów składają się na manifest filozoficzny.

Inskrypcję z Oenoandy kazał wykuć niejaki Diogenes – o którym nie wiemy nic, poza tym, że musiał dysponować znacznym bogactwem. Co nim motywowało? „Zaobserwowawszy, że większość ludzi ma fałszywe wyobrażenie o naturze rzeczy… smuciłem się nad ich zmarnowanym życiem i uznałem, że do obowiązków dobrego człowieka należy udzielenie pomocy…” (Fr. 2). Gdyby to niezrozumienie istoty rzeczy dotknęło kilku tylko ludzi, mówi dalej Diogenes, można by z nimi porozmawiać bezpośrednio; ale jako, że problem dotyczy wielu, nalezy sięgnąć po środek „masowego przekazu”, inskrypcję, która pozwoli na dotarcie do jak największej ich ilości.

Inskrypcja Diogenesa jest zbiorem wskazówek życiowych opartych na filozofii słynnego Epikura. Diogenes poucza nas między innymi, iż „…prawdziwa cnota jest nie w teatrach, łaźniach czy perfumach… ale płynie z nauki”, „…bogactwo większe, niż dyktuje natura, na nic więcej się zda, niźli dolewanie wody do pełnego już naczynia”.  Proponuję się skupić na kolejnym zaleceniu: „Wyrafinowane potrawy czy napoje… nie dają nam wolności od bólu [w filozofii epikurejskiej tak definiuje się szczęście] ni zdrowia”.

Stwierdzenie pozornie banalne – ale, gdy się nad nim poduma, okazuje się adekwatne do współczesności. Zamieńmy Diogenesowe „wyrafinowane potrawy” na „szybkie samochody”, „drogą biżuterię” czy „modny dezodorant” – i okaże się, że zawarta tu nauka jak ulał pasuje do krytyki reklam zawartej wyżej. Epikur, a za nim Diogenes, był zdania, że jednym z najważniejszych źródeł szczęścia był kontakt z innymi ludźmi. To nie piwo, choćby i najlepsze, zapewni nam miły wieczór, tylko znajomi, z którymi będziemy mogli je wypić.

Diogenes z Oenoandy brzmi, szczerze mówiąc, jak człowiek nadęty, który czerpie przyjemność z pouczania innych i chwalenia się wiedzą. Można też posądzić go o hipokryzję – człowiek przywiązany do epikurejskich zasad miałby trudności ze zdobyciem środków potrzebnych na wystawienie tak ogromnej inskrypcji. Ale przyznam, że ucieszyłbym się, gdyby ktoś o podobnym zapędzie moralizatorskim i bogactwie wykupił w telewizji blok reklamowy, żeby powiedzieć „telefon/ perfumy/ auto nie przysparza miłości/ szcześcia/ przyjaźni”.

Jako, że placyk z rzeczoną inskrypcją znajdował się w samym centrum Oenandy, można przypuszczać, że odwiedzali go mieszkańcy miasta idący na agorę na zakupy, czy wracający z pełnymi torbami do domu. Diogenes chciał zapewne, żeby jego ziomkowie pochylili się na chwilę nad wykutymi napisami i zastanowili się, czy naprawdę potrzebują produktów, które właśnie nabyli, czy płacąc za chiton z koańskiego lnu czy wyborne wino z Chios nie próbowali próżnie uśmierzyć jakichś dużo głębiej sięgających potrzeb. Czy rzeczywiście mieszkańcy Oenandy poświęcili swój czas przemyśleniom Diogenesa – ciężko powiedzieć; może wczytują się w nią tylko archeolodzy…

J. Szamałek

PS. Fragmenty inskrypcji Diogenesa w tłumaczeniu na język angielski można znaleźć tu.

 

6.04.2012
piątek

Greckie pisanki

6 kwietnia 2012, piątek,

Zasadniczo uważam się za człowieka kreatywnego, ale kiedy przychodzi pora na malowanie pisanek, wena mnie zawodzi. Zawsze próbuję wymyślić jakiś ciekawy wzór, ale zwykle kończy się to katastrofą i powrotem do sztampowych szlaczków, kropeczek i pasków. Pewnym rozwiązaniem byłoby zapewne sięgnięcie po tradycyjne, ludowe metody dekoracji jaj – ale te wymagają najczęściej nie lada cierpliwości i talentu.

Zamiast odwoływać się wzorów kurpiowskich czy podlaskich, inspiracji można poszukać w mniej oczywistym miejscu – starożytnej Grecji. Okazuje się bowiem, że sztuka dekoracji jaj, czy raczej kształtów owoidalnych, nie była Hellenom obca. Dowodzą tego między innymi te oto obiekty ze zbiorów Muzeum Kerameikosu.

Źródło: Wikimedia; fot. Giovanni dall’Orto

Te jajo-podobne wazy znaleziono na ateńskim cmentarzu. Ich kształt i rozmiar pozwala przypuszczać, że inspirowane były one jajami strusimi, których skorupy czasem znajduje się w miastach i nekropoliach starożytnej Grecji i Włoch. Większość z widocznych tu naczyń udekorowano motywami geometrycznymi i roślinnymi (meander, palmety, rozety); na jednym tylko widnieją wyobrażenia młodych mężczyzn.

Funkcja tych waz jest niejasna; nie ma jednak wątpliwości, że jaja miały dla starożytnych znaczenie symboliczne i stanowiły ważny element mitologii. Niektórzy herosi, tacy jak Molionidowie czy Dioskurowie, mieli się z nich wykluć, tak jak i Fanes, główne bóstwo mitologii Orfizmu (nurtu religijnego, mającego wywodzić się jakoby od poety Orfeusza). Jajo było również jednym z atrybutów Dionizosa; często ofiarowywano je też bogom podziemi, jako, że kojarzono je z płodnością i życiem. Takie też jest znaczenie naszych swojskich pisanek – miały one wszak symbolizować triumf nad śmiercią.  Jak widać, w kwestii znaczenia jaj grecka mitologia i doktryna chrześcijańska są zaskakująco zbieżne. Warto może podkreślić to podobieństwo, umieszczając w święconce pisankę malowaną meandrem…

 

23.03.2012
piątek

Tyche Ustki

23 marca 2012, piątek,

Ładnych parę lat temu radni Ustki postanowili pochylić się nad szczególnie palącą kwestią – rozmiarem biustu syrenki z miejskiego godła. Panowie – nie mam wątpliwości, że była to inicjatywa osobników płci męskiej – unzali, że piersi morskiej piękności są zbyt małe i należy je jakąś specjalną uchwałą powiększyć. Można przypuszczać, że usteccy politycy zaczęli rozmyślać na ten ważki temat w trakcie długich posiedzeń rady, kiedy to zamiast skupić się na dyskusji, zawieszali wzrok na zajmującej dolną część herbu miasta syrence.

Źródło: Wikimedia; fot. Poznaniak

Niestety, mieszkańcy Ustki nie przyjęli tej inicjatywy entuzjastycznie i – pomimo zapewnień radnych, że heraldczyna operacja plastyczna odbije się pozytywnie na ruchu turystycznym – wymogli porzucenie tego jakże ambitnego projektu. Od tego czasu – a minęła już blisko dekada – radni nie wracali już do syrenki i  jej rzekomych fizycznych niedociągnięć. Gdyby jednak kiedyś odkurzyli ten temat, proponowałbym odwołanie się do innego wzorcu niż, zdaje się, Pamela Anderson – na przykład Tyche Antiochii.

***

Jakiś czas temu prowadziłem zajęcia z zakresu przedstawień bóstw i personifikacji w sztuce antycznej. Rzeźba, która sprawiła studentom najwięcej trudności, znajduje się dziś w Watykanie i wygląda tak.

Źródło: Wikimedia; fot. Jastrow

Nasza zagadkowa rzeźba została wykonana z marmuru; przedstawia owiniętą płaszczem, siedzącą na kamieniu kobietę w koronie, która w prawym ręku trzyma pęczek kłosów zboża, a prawą nogę opiera na barku młodego, wyłaniającego się z ziemi mężczyzny. Z kim mamy tu do czynienia? Na pewno nie z jakąś przeciętną greczynką czy rzymianką; nietypowe atrybuty pozwalają sądzić, że przedstawiona postać należy do świata bogów. Ale o co chodzi z tą dziwną koroną i nagim chłopakiem?

Przyjrzyjmy się najpierw koronie (zbliżenie). Tego rodzaju nakrycie głowy przywodzi na myśl władzę – ale to skojarzenie współczesne; starożytni królowie i cesarzowie podkreślali swoją pozycję przy pomocy innych przedmiotów, na przykład diademów czy wieńców. Poza tym korona kobiety z Watykanu ma dość niezwykły kształt, przywodzący na myśl mur. Można więc przypuszczać, że mamy tu do czynienia z personifikacją jakiegoś miasta. Znaczenie kłosów zbożba (zbliżenie)  można rozszyfrować bez większych problemów – wedle starożytnych konwencji, symbolizowały one płodność i dobrobyt. Z kolei głaz, na którym siedzi kobieta-miasto ma zapewne wskazywać na wysokie położenie – szukamy więc osady znajdującej się blisko jakiegoś górskiego łańcucha. Wreszcie – nagi, wyłaniający się z ziemi mężczyzna (zbliżenie). Może się to wydać dziwne, ale Grecy tak właśnie uosabiali rzeki, czy raczej ich boski aspekt. Zresztą, ułożenie ramion przypomina ruchy, jakie wykonuje się pływając.

Kobieta z Watykanu jest więc przedstawieniem bogatego miasta, położonego w górach, nad rzeką. Cóż – mamy kilkuset potencjanych kandydatów… Całe szczęście w sukurs przychodzi nam bizantyński historyk Jan Malalas, który tak opisuje wizytę cesarza Trajana w mieście Antiochia (Chronographia 11 p. 276 Bonn): „Trajan odbudował teatr w Antiochii… i ustawił w nim rzeźbę Tyche tego miasta, usadowionej nad rzeką Orontes, ukoronowanej przez królów Seleukosa i Antiocha”. To świadectwo, zestawione z innymi źródłami historycznymi, pozwala przypuszczać, że statua z Watykanu jest kopią tej właśnie rzeźby. Pauzaniasz, autor starożytnego przewodnika po Grecji, przypisuje opracowanie pierwszego wyobrażenia Tyche Antiochii niejakiemu Eutychidesowi.

„Tyche” to boginii szczęścia, powodzenia, którą wiązano z konkretnymi osobami, miastami, a nawet ludami. Jak widać, miała ona wiele odmina – trochę jak Maria w katolicyzmie (np. Matka Boska Częstochowska, Matka Boska Ostrobramska, itd.). Rzeźba Eutychidesa szybko stała się popularna, czego świadectwem są liczne jej kopie (parę przykładów: 1, 2, 3). Inne miasta starożytnego greckiego świata zleciły opracowanie swoich własnych uosobień, które zawsze przyjmują formę kobiety wyposażonej w atrybuty charakterystyczne dla danego osiedla bądź róg obfitości, często w koronie z murów miejskich  (kilka przykładów: 1, 2, 3). Na podstawie tych tradycji Rzymianie stworzyli personifikację Wiecznego Miasta, boginię Romę.

Jeśli radni w Ustce wezmą się jeszcze kiedyś za podrasowywanie herbu, warto może pomyśleć o wypracowaniu symboliki, która odda charakter ich miasta, zamiast, wzorem najgorszych kampanii reklamowych, seksualizować  biedną syrenkę. Tyche Antiochii byłaby chyba dobrym punktem odniesienia…

J. Szamałek


12.03.2012
poniedziałek

Tajemnicze lusterko i rusznica Winnetou

12 marca 2012, poniedziałek,

Każde dziecko ma swojego bohatera. Dla niektórych był to Kapitan Kloss, dla innych kapitan Żbik, dla późniejszych pokoleń – Superman, kapitan Tsubasa albo drużyna X-menów. Ja z kolei dorostałem zapatrzony w postać Winnetou – szlachetnego wodza Apaczów z, dziś muszę przyznać, raczej kiczowatych powieści Karola Maya.

Na książkach się nie skończyło – przygody Winnetou i jego towarzysza, równie, albo i jeszcze bardziej honorowego Old Shatterhanda, można było śledzić również na ekranie. Przynajmniej raz do roku jeden z polskich kanałów telewizyjnych decydował się na puszczenie któregoś z niemieckich filmów zrealizowanych na podstawie prozy Maya.

Zaszczyt wcielenia się w dumnego syna Apaczów przypadł Francuzowi Pierre Brice’owi – w kruczoczarnej peruce, z twarzą pokrytą pudrem kolorem przypominającym tani samoopalacz, wyglądał prawie jak rodowity Indianin. Moją uwagę przykuwała zawsze jego wspaniała rusznica – podczas gdy inni bohaterowie strzelali zazwyczaj z klasycznych karabinów Winchester, strzelba Winnetou była pięknie zdobiona srebrnymi blaszkami.

Niemieckie produkcje o Indianach nie były zazwyczaj przesadnie wiernie faktom, podobnie jak i książki Maya, który nigdy nawet nie był w Ameryce; w kwestii oręża Winnetou były jednak bliskie prawdy. Indianie rzeczywiście mieli zwyczaj zdobienia kupionych od bladych twarzy przedmiotów na własną modłę, i strzelby podobne tej należącej do filmowego wodza Apaczów faktycznie istniały.Po co się tak fatygować? Przecież strzelba działać będzie równie dobrze ze srebrnymi czy miedzianymi blaszkami, jak i bez nich.

Najkrócej rzecz ujmując, wydaje mi się, że chodziło o względy estetyczne i język-pozawerbalny. Każda kultura czy cywilizacja ma właściwe sobie koncepcje piękna – o czym ja zawsze sobie przypominam odwiedzając którąś z hinduskich restuaracji, których w Anglii jest mrowie. Większość z nich ocieka wszelkiego rodzaju złoceniami, jaskrawymi kolorami, zdobieniami, od których aż szczypią oczy. Mi taki wystrój wydaje się boleśnie wręcz kiczowaty – ale to oczywiście reakcja całkowicie subiektywna, wynikająca z przyzwyczajenia do innych wzorców; z kolei właściciel takiego przybytku uznałby zapewne moje obecne mieszkanie za odstręczające, i miałby do tego rzecz jasna pełne prawo.

Gdyby nagle okazało się, że taką restaurację dostaję w spadku i mogę przerobić ją wedle swojego widzimisię, przemalowałbym wściekleczerwone ściany, wywalił pseudo-bibeloty i inne graty, wstawił inne meble. Innymi słowy, zmieniłbym tę przestrzeń tak, by odpowiadała moim gustomi potrzebom, bym czuł się w niej komfortowo, ale jednocześnie odarłbym ją z licznych symbolicznych znaczeń – pozbywając się na przykład przedstawień hinduistycznych bóstw. To samo, na mniejszą skalę, można robić też z przedmiotami – czego przykładem są właśnie zdobione indiańske rusznice, które metalowymi blakszami wpisywano w inny wachlarz estetyczny i nasycano nowymi znaczeniami.

Myślałem o tym wszystkim, natknąwszy się na publikację pewnego brązowego greckiego lusterka. Niestety, nie mogę wkleić oryginalnego rysunku tego przedmiotu, musi więc Państwu starczyć mój odrys.

Przedstawione tu lusterko zostało odnalezione w XIX wieku w Pantikapajonie, stolicy greckiego Królestwa Bosporskiego, leżącego na  wybrzeżach cieśniny łączącej Morze Czarne i Azowskie. Jednak dopiero w 2010 roku zauważono rysunek, wyryty delikatnymi, płytkimi liniami na jednej z jego stron.

Rysunek ten był raczej dziełem właściciela lusterka, niż profesjonalnego rzemieślnika – każe tak myśleć słaba widoczność tej dekoracji, niezdarnie prowadzone linie, wreszcie to, że obraz zdaje się być niedokończony. Podczas gdy kształt lusterka odpowiada szeroko rozpowszechnionemu greckiemu typowi, motyw, który stanowi dekorację, ma swoje korzenie w sztuce ludów europejskich stepów.

Leżący jeleń z wygiętą szyją i rozłożystym porożem pojawia się na wielu dziełach przypisywanym Scytom, którzy onegdaj zamieszkiwali południową Ukrainę i Rosję, i byli, często dość problematycznymi, sąsiadami osiadłych tam Greków. Motyw jelenia pojawia się na złotych ozdobach (przykład), elementach końskiej uprzęży (przykład) a nawet tatuażach ze słynnych syberyjskich grobowców Pazyryk (przykład), wykonanych w tak zwanym stylu zwierzęcym.

Mamy tu więc greckie lusterko z miejscowym motywem. Można przypuszczać, że udekorował je jakiś przedstawiciel miejscowych ludów, który, niczym Winnetou, nie był do końca usatysfakcjonowany jego wyglądem, i postanowił zmienić je, wyskrobując szeroko występujący motyw. Ale są i inne możliwości – niewykluczone, że ten rysunek jest dziełem Greka, zafascynowanego obcą kulturą (proszę pomyśleć o Europejczykach, którzy tatuują sobie na ciele chińskie znaki, często nie znając nawet ich znaczenia), albo kogoś, kto wśród swoich przodków miał i Greków, i mieszkańców okolicznych stepów, i dawał w ten sposób wyraz swojej skomplikowanej tożsamości. Jak było, już się niestety nie dowiemy, chociaż chciałoby się spytać – lustereczko, powiedz przecie…

J. Szamałek

css.php