Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

6.06.2013
czwartek

„Tu byłem”

6 czerwca 2013, czwartek,

Oxford słynie, i nie bez powodu, z pięknej gotyckiej i neogotyckiej architektury. Prawie każdy z koledży, z których składa się uniwersytet, może się pochwalić jakąś perełką – na przykład  jadalnią wyjętą żywcem z filmu o Harrym Potterze, kaplicą, przy której blednie niejedna katedra, czy biblioteką tak piekną, że nie sposób się w niej skupić na lekturze.

Moim ulubionym miejscem w Oxfordzie są chyba krużganki klasztorne otaczające jeden z bocznych dziedzińców New College – wbrew swojej nazwie niezbyt „nowego”, bo założonego już w wieku czternastym.

Żródło: Wikimedia; fot. simononly

Jest to miejsce o wyjątkowej atmosferze – położone na uboczu, zawsze puste i ciche. W ściany i podłogi zacienionych korytarzy wmurowane są spękane płyty nagrobkowe dziesiątek uczonych i duchownych, dostojnych mężów o wielu poważnie brzmiących tytułach, z nazwiskami rodów zapisanych w historii kraju. Żadne z tych epitafiów, wykutych w marumarach i alabastrach, nie przyciągało jednak mojej uwagi tak bardzo, jak skromne graffiti, wycięte kilkaset lat temu niezdarną ręką na jednej ze ścian – „W:Hicks”.

Nigdy nie udało mi się ustalić, kim był imć Hicks, mimo, że pytałem o to paru akademików z New College i szperałem trochę w archiwach. Można przypuszczać, że był on po prostu jednym z wielu, wielu studentów, którzy przetoczyli się przez uniwersytet, a potem wiedli normalne, zwyczajne życie, które nie zapewniło im miejsca na kartach najgrubszej nawet encyklopedii.

Jest coś fascynującego w tym, że potrzeba wyrycia swojego imienia, albo prostego zdania pokroju „tu byłem”, nie jest właściwa tylko naszej epoce. Co więcej, przejawiają ją nie tylko przedstawiciele kultury europejskiej, która słynie z tego, że stawia tak wielki nacisk na indywidualizm, ale i obywatele Chin, kraju, w którym wartość ta zdaje się być mniej ceniona. Słynnym tego przykładem jest lakoniczny napis „Ding Jinhao tu był” wyryty przez turystę z Państwa Środka na 3,500 letniej płaskorzeźbie w egipskim Luksorze. Jak widać, potrzeba zaznaczenia swojego istnienia funkcjonuje w ten, przyznajmy, mało elegancki sposób, jest dość powszechna i może dopaść niektórych także w podróży.

Oczywiście, rycie swoich inicjałów na bezcennym zabytku jest (całe szczęście) dość rzadkie. Z mojego doświadczenia wynika, że największe natężenie takich inskrypcji na centymetr kwadratowy występuje na szkolnych ławkach. Może do takich niewinnych aktów wandalizmu skłania uczniów przygniatające przeświadczenie, że ich podstawówki i licea, które są w danym momencie centrum ich świata, są ich terytorium, widziały już setki innych chłopców i dziewczynek i zobaczą ich kolejne tysiące – a może jest to tylko kwestia znudzenia i braku kreatywności.

Jak by nie było, pondprzeciętne zagęszczenie gryzmołów spod znaku „tu byłem” w szkołach da się już zaobserwować w starożytności. Na ścianach sali szkolnej należącej do gimnazjonu w Priene, małym, doskonale zachowanym greckim miasteczku w Azji Mniejszej, można wyczytać takie oto kwiatki, z II w.p.n.e.: „To jest miejsce Aleksandrosa, syna Aleksandrosa”, „To jest miejsce Apollina”, i dziesiątki im podobne.

File:Ruins at Priene (5).JPGRuiny Priene. Źródło: Wikimedia, fot. José Luiz Bernardes Ribeiro

Jako, że graffiti te są wyryte nierówno, wielkimi kulfonami i się na siebie nachodzą, można założyć, że nie pisano je nie w ramach oficjalnego przypisania „ławek”, na polecenie nauczyciela, tylko indywidualnie, z potrzeby serca. Może to też oznaczać, że miejsc siedzących było mniej niż chętnych do nauki, i uczniowie próbowali je sobie zawczasu rezerwować. Tak czy inaczej, młodzieńcy z Priene i tak byli dobrze wychowani, bo w innych gimnazjonach, jak choćby w Therze, młodzieńcy przejawiali skłonność do wypisywania znacznie pieprzniejszych graffiti, typu „X spał z Y”. I takie napisy można znaleźć dziś na szkolnych ławach, ale to już temat na inny wpis…

J. Szamałek

PS. Drodzy Czytelnicy – zdaję sobie sprawę, że zaniedbałem ostatnio „Sztukę Antyku” (do tego stopnia, że redaktorzy Polityki usunęli link do niego z głównej strony blogowej tygodnika). Jest to, nie ukrywam, powiązane z premierą mojej drugiej, książki, kryminału osadzonego w starożytności pt. „Morze Niegościnne”. Zachęcam Państwa gorąco do jej lektury – i jednocześnie przepraszam za długie tygodnie milczenia.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Panie Doktorze,

    Jakże się cieszę, że nareszcie przez czysty przypadek odkryłam, iż jednak Pan od czasu do czasu pisze na swoim blogu. Muszę przyznać, że bardzo mi brakowało Pana artykułów i zastanawiałam się dlaczego przestał Pan pisać. Ten „odkryty” dzisiaj przeze mnie artykuł, jak zwykle, jest bardzo ciekawy i bardzo bym prosiła aby jednak wznowił Pan działalność na swoim blogu. To jeden z nielicznych blogów gdzie nie denerwuję się przy czytaniu komentarzy. 😀

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php