Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

6.06.2013
czwartek

„Tu byłem”

6 czerwca 2013, czwartek,

Oxford słynie, i nie bez powodu, z pięknej gotyckiej i neogotyckiej architektury. Prawie każdy z koledży, z których składa się uniwersytet, może się pochwalić jakąś perełką – na przykład  jadalnią wyjętą żywcem z filmu o Harrym Potterze, kaplicą, przy której blednie niejedna katedra, czy biblioteką tak piekną, że nie sposób się w niej skupić na lekturze.

Moim ulubionym miejscem w Oxfordzie są chyba krużganki klasztorne otaczające jeden z bocznych dziedzińców New College – wbrew swojej nazwie niezbyt „nowego”, bo założonego już w wieku czternastym.

Żródło: Wikimedia; fot. simononly

Jest to miejsce o wyjątkowej atmosferze – położone na uboczu, zawsze puste i ciche. W ściany i podłogi zacienionych korytarzy wmurowane są spękane płyty nagrobkowe dziesiątek uczonych i duchownych, dostojnych mężów o wielu poważnie brzmiących tytułach, z nazwiskami rodów zapisanych w historii kraju. Żadne z tych epitafiów, wykutych w marumarach i alabastrach, nie przyciągało jednak mojej uwagi tak bardzo, jak skromne graffiti, wycięte kilkaset lat temu niezdarną ręką na jednej ze ścian – „W:Hicks”.

Nigdy nie udało mi się ustalić, kim był imć Hicks, mimo, że pytałem o to paru akademików z New College i szperałem trochę w archiwach. Można przypuszczać, że był on po prostu jednym z wielu, wielu studentów, którzy przetoczyli się przez uniwersytet, a potem wiedli normalne, zwyczajne życie, które nie zapewniło im miejsca na kartach najgrubszej nawet encyklopedii.

Jest coś fascynującego w tym, że potrzeba wyrycia swojego imienia, albo prostego zdania pokroju „tu byłem”, nie jest właściwa tylko naszej epoce. Co więcej, przejawiają ją nie tylko przedstawiciele kultury europejskiej, która słynie z tego, że stawia tak wielki nacisk na indywidualizm, ale i obywatele Chin, kraju, w którym wartość ta zdaje się być mniej ceniona. Słynnym tego przykładem jest lakoniczny napis „Ding Jinhao tu był” wyryty przez turystę z Państwa Środka na 3,500 letniej płaskorzeźbie w egipskim Luksorze. Jak widać, potrzeba zaznaczenia swojego istnienia funkcjonuje w ten, przyznajmy, mało elegancki sposób, jest dość powszechna i może dopaść niektórych także w podróży.

Oczywiście, rycie swoich inicjałów na bezcennym zabytku jest (całe szczęście) dość rzadkie. Z mojego doświadczenia wynika, że największe natężenie takich inskrypcji na centymetr kwadratowy występuje na szkolnych ławkach. Może do takich niewinnych aktów wandalizmu skłania uczniów przygniatające przeświadczenie, że ich podstawówki i licea, które są w danym momencie centrum ich świata, są ich terytorium, widziały już setki innych chłopców i dziewczynek i zobaczą ich kolejne tysiące – a może jest to tylko kwestia znudzenia i braku kreatywności.

Jak by nie było, pondprzeciętne zagęszczenie gryzmołów spod znaku „tu byłem” w szkołach da się już zaobserwować w starożytności. Na ścianach sali szkolnej należącej do gimnazjonu w Priene, małym, doskonale zachowanym greckim miasteczku w Azji Mniejszej, można wyczytać takie oto kwiatki, z II w.p.n.e.: „To jest miejsce Aleksandrosa, syna Aleksandrosa”, „To jest miejsce Apollina”, i dziesiątki im podobne.

File:Ruins at Priene (5).JPGRuiny Priene. Źródło: Wikimedia, fot. José Luiz Bernardes Ribeiro

Jako, że graffiti te są wyryte nierówno, wielkimi kulfonami i się na siebie nachodzą, można założyć, że nie pisano je nie w ramach oficjalnego przypisania „ławek”, na polecenie nauczyciela, tylko indywidualnie, z potrzeby serca. Może to też oznaczać, że miejsc siedzących było mniej niż chętnych do nauki, i uczniowie próbowali je sobie zawczasu rezerwować. Tak czy inaczej, młodzieńcy z Priene i tak byli dobrze wychowani, bo w innych gimnazjonach, jak choćby w Therze, młodzieńcy przejawiali skłonność do wypisywania znacznie pieprzniejszych graffiti, typu „X spał z Y”. I takie napisy można znaleźć dziś na szkolnych ławach, ale to już temat na inny wpis…

J. Szamałek

PS. Drodzy Czytelnicy – zdaję sobie sprawę, że zaniedbałem ostatnio „Sztukę Antyku” (do tego stopnia, że redaktorzy Polityki usunęli link do niego z głównej strony blogowej tygodnika). Jest to, nie ukrywam, powiązane z premierą mojej drugiej, książki, kryminału osadzonego w starożytności pt. „Morze Niegościnne”. Zachęcam Państwa gorąco do jej lektury – i jednocześnie przepraszam za długie tygodnie milczenia.

15.04.2013
poniedziałek

Wielki Rzymski Ptak

15 kwietnia 2013, poniedziałek,

Mitt Romney nie został co prawda prezydentem Stanów Zjednoczonych – ale i tak pozostanie na długo w pamięci swoich rodaków za sprawą niezliczonych gaf, których się dopuścił w trakcie kampanii wyborczej. Kandydat Partii Republikańskiej nazwał 47% Amerykanów darmozjadami, stwierdził, że nie przejmuje się biednymi, nazwał Syrię krajem, który da Iranowi dostęp do morza, dziwił się, czemu nie można otwierać okien w samolocie… I oznajmił, że wycofałby dofinansowanie dla Wielkiego Ptaka.

Żródło: Wikimedia, fot. Library of Congress

Dla przypomnienia – Wielki Ptak jest, niezbyt może pomysłowo nazwaną, postacią ze słynnego programu edukacyjnego dla dzieci Ulica Sezamkowa, nadawanego w stanach przez stację PBS. To ten właśnie kanał Romney chciał odciąć od dalszych dotacji: „…kocham Wielkiego Ptaka, tak jak i wy. Ale nie będę wydawał pieniędzy na rzeczy tego pokroju…”. Wielu Amerykanów zareagowało na te słowa z oburzeniem, a sztab Obamy wykorzystał kolejną wpadkę Romney’ego, produkując wyszydzające wspomnianą wypowiedź klipy wyborcze. Okazało się, że Wielki Ptak, pomagający dzieciom opanować alfabet i podstawy matematyki od 1969 roku, ma w Stanach status ikony.

Cała ta afera przywodzi mi na myśl pewien arcyciekawy eksponat z kolekcji londyńskiego British Museum. Proszę rzucić okiem.

Źródło: Flickr, fot. David Holt London

Jest to niewielka rzeźba wykonana z wapienia. Przedstawia ona humanoidalną postać z ptasim łbem, siedzącą na wysokim krześle.  Styl, w którym wykonano tę statuę, jej proporcje i kompozycja, przywodzą na myśl sztukę starożytnej Grecji i Rzymu. Podobnie ubiór – eleganckie sandały, łuskowa zbroja i płaszcz spięty okrągłą broszą. Poza naszej postaci przypomina przedstawienia bogów olimpijskich i rzymskich cesarzy. Od tego wszystkiego odcina się jednak wyraźnie wieńcząca tułów ptasia głowa.

Mamy tu do czynienia z przedstawieniem Horusa, egipskiego boga niebios, słońca i wojny, którego przedstawiano pod postacią sokoła bądź mężczyzny o głowie sokoła. Tę rzeźbę wykonano w czasach, kiedy Egipt stanowił już część rzymskiego imperium, i stanowi ona intrygujący przykład przenikania się tych dwóch światów.

Londyński Horus jest ciekawy z wielu powodów. Widać tu, jak autorytet prastarego bóstwa przeniosiono w nową rzeczywistość, przedstawiając ją w odniesieniu do zwyczajów i wartości obcej, przeniesionej znad Tybru kultury. Pochylić się można nad subtelną grą rzeźbiarza, który stylizuje łuski zbroi na pióra, a pióra pokrywające pierś boga na łuski, sprawiając, że przejście pomiędzy pancerzem a ciałem zdaje się zacierać. Długo można by zastanawiać się nad sposobem, w jaki przedstawiono samą głowę. Z jednej strony jest ona naturalistyczna, z wielką dbałością odzwierciedlająca wygląd sokołów, z drugiej zaś – jest uczłowieczona poprzez przeniesienie oczu z boków czaszki na jej przód i zamienienie ludzkich źrenic na ptasie.

Najciekawsza jest jednak rekonstrukcja szaty kolorystcznej omawianej rzeźby. Dzięki fotografii w podczerwieni, eksperci z British Museum byli w stanie odnaleźć resztki pigmentów pokrywajęcej ich eksponat. To z kolei pomogło zrozumieć, jaki był oryginalny wygląd rzymsko-egipskiego Horusa. Efekty są uderzające – i mam nadzieję tłumaczą, skąd wzięło się moje skojarzenie z Wielkim Ptakiem.

J. Szamałek

PS. O kolorze w sztuce starożytnej pisałem bardziej szczegółowo we wcześniejszej notce.

18.03.2013
poniedziałek

Przypinanie listka

18 marca 2013, poniedziałek,

Dużo się ostatnio mówi, z oczywistych względów, o Watykanie. Dołączę się do tego medialnego chóru – ale od razu zaznaczam, że nie będzie w niniejszym wpisie ani słowa o piuskach, pelerynkach, czerwonych butach, dymach białych tudzież czarnych, ascetycznej jeździe metrem, i tak dalej. Zamiast o konklawe i nowo wybranym papieżu chciałbym bowiem napisać parę słów o słynnych Musei Vaticani – a raczej o pewnym aspekcie historii zbiorów sztuki starożytnej tejże instytucji.

Na przestrzeni wieków papieże zebrali imponującą kolekcję tysięcy antycznych rzeźb. Wyróżnia się ona na tle innych zbiorów nie tylko rozmiarem i jakością – ale i ciekawą przypadłością, która dotyka wszystkich prawie wyobrażeń nagich mężczyzn. Za przykład może nam posłużyć choćby ta oto statua Merkurego:

Pierwszą rzeczą, która rzuca mi się tu w oczy, nie jest kaduceusz – atrybut posłannika – czy skrzydlaty hełm, lecz znacznych rozmiarów liść figowy, zakrywający niebiańskie krocze. Merkury nie jest tu wcale wyjątkiem.  Inni bogowie w zbiorach watykańskich odznaczają się podobną pruderią – jak na przykład słynny pozłacany Herkules z Forum Boarium czy Meleager – albo już nie mają czego skrywać, jak choćby Apollo Belwederski.

Tymczasem męskie rzeźby z innych kolekcji – np. londyńskiego British Museum, nowojorskiego Metropolitan czy kopenhaskiego Carlsberg Glyptotek – najczęściej nie tylko mają przyrodzenie na swoim miejscu, ale i niczym go nie zasłaniają. Skąd ta rozbieżność? Czyżby jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności do watykańskich pałaców trafiały wyłącznie przedstawienia mężczyzn z genitaliami obleczonymi figowym liściem? Czy  też może papieże wybierali takie tylko rzeźby, odrzucając całkowitę goliznę?

Nie zaskoczę chyba państwa odpowiadając na te pytania negatywnie. Prawda jest taka, że w pewnym momencie boscy namiestnicy uznali przedstawienie męskich narządów rozrodczych za gorszące i nakazali ich usunięcie bądź zasłonienie, przez figowe liście właśnie – element zupełnie obcy ikonografii starożytnej, w której męska nagość nie tylko nie uchodziła za wstydliwą, lecz była celebrowana. Kampanię figową rozpoczął w połowie XVI w. papież Paweł IV – prawdopodobnie odpowiadając na krytykę ruchu reformatorskiego, który podkreślał grzeszność ciała i zarzucał Rzymowi zepsucie – a jego dzieło kontynouwali, z wielkim zapałem, choćby Innocenty X (wiek XVII) czy Pius IX (wiek XIX). Dopiero niedawno część usuniętych starożytnych penisów została przywrócona na ich dawne miejsce – ale większość prastarych fallusów została na przestrzeni wieków zgubiona, albo spoczywa wciąż w szufladach przepastnych watykańskich magazynów.

Powody, dla których papieże podjęli krucjatę przeciw greckim i rzymskim genitaliom są jasne. Podejście kościoła do cielesności było diametralne różne od tego, które wyznawano w czasach antycznych; nagość przestała w pewnym momencie uchodzić za coś naturalnego, stała się gorsząca, demoralizująca, i jako taka, zdaniem nieomylnych następców Piotra, nie miała miejsca w stolicy katolicyzmu.

Bardziej tajemniczy jest sam liść figowy. To, że nagość skrywano za pomocą jakiegoś elementu roślinności, można jeszcze w miarę łatwo wytłumaczyć. Początkowo motywu tego używano do zasłaniania genitaliów Adama i Ewy, a ci, jak wiadomo, do momentu opuszczenia raju ubrań nie nosili i nie znali. Ale czemu akurat liść figi? Możliwych wytłumaczeń jest wiele – niektórzy badacze uważają, że zadecydował kształt i cechy fizyczne (liść figi jest odpowiednio duży, by spełnić się w roli narzędzia cenzora, podobnie jak ludzkie ciało jest wrażliwy na zimno). Inni z kolei uważają, że zadecydowały tu jego właściwości lecznicze (soków figi używano do leczenie schorzeń skórnych – także w miejscach intymnych) albo, wręcz przeciwnie, toksyczne (kontakt z liściem figi może wywołać podrażnienia, swędzenie – więc noszenie go na kroczu byłoby aktem pokuty).

Uderza mnie w tym wszystkim to, że krucjata przeciw genitaliom nie miała wcale miejsca w odległym i ciemnym średniowieczu, lecz relatywnie niedawno – jeszcze w XIX wieku. Cieszę się, że watykańscy muzealnicy odłożyli już dłuta i figowe liście do lamusa. Szkoda tylko, że nie podjęli póki co wysiłku rekonstrukcji okaleczonych rzeźb, by znów wyglądały zgodnie z intencjami ich twórców i dawały świadectwo o minionej epoce – a nie o cenzorskich zapędach biskupów Rzymu.

Fotografia: źródło – Wikimedia, autor – sputnikcccp.

J. Szamałek


14.01.2013
poniedziałek

Ordynarni Grecy

14 stycznia 2013, poniedziałek,

Jadąc przez warszawską Pragę, na co drugim skrzyżowaniu zobaczyć można nagryzmolony niezdarnie napis „HWDP”. Nie będę rozwijał tego arcyordynarnego skrótu – dość rzec, że wyraża on, z intencjonalnym pogwałceniem zasad ortografii, antypatię wobec funkcjonariuszy Policji, używając do tego podszytego homofobią języka seksualnej agresji. Ot, chamstwo, jakiego dziś na ulicach wszędzie mnóstwo. Nie to, co w antycznej Grecji, odległej krainie filozoficznej dysputy i dobrych manier…

Żaliłem się już Państwu nieraz na to, że starożytność jest notorycznie ugrzeczniana; że funkcjonuje w naszej świadomości jako film kostiumowy z lat sześćdziesiątych, gdzie chodzi się co prawda w śmiesznych strojach, ale nikt nie klnie ani do toalety nie chadza. Chciałbym Państwu pokazać jeszcze jeden przedmiot, który stawia tę wizję pod znakem zapytania – i który wskazuje, że starożytni myśleli całkiem podobnie do autorów wspomnianych bohomazów.

Powyższe zdjęcia przedstawiają malowidła z tak zwanej wazy eurymedońskiej – dzbanka na wino (oinochoe), wykonanego ok. roku 460 p.n.e. w Atenach, ze zbiorów hamburskiego Museum für Kunst und Gewerbe. Z lewej strony widzimy mężczyznę w sile wieku z elegancką bródką, ubranego jedynie w płaszcz, który biegnie przed siebie, jednocześnie dzierżąc w prawym ręku nabrzmiałego członka. Na drugiej fotografii figuruje wyposażony w łuk i kołczan mężczyzna w stroju orientalnym – którym w malarstwie wazowym wyróżniano Persów bądź Scytów – z przedstawioną frontalnie twarzą i wzniesionymi poddańczo rękoma.

Te dwie postaci tworzą nietypową kompozycję, którą bardzo ciężko byłoby interpretować. Całe szczęście malarz przewidział ten problem i opatrzył swoje dzieło krótkim napisem, który można odczytać jako „Jestem Eurymedon, pochylam się”, albo „Ja jestem Eurymedon. Ja jestem ten, który się pochyla”. Eurymedon, o którym mowa, to rzeka położona w Turcji, na brzegu której w 469 bądź w 466 roku p.n.e. (źródła podają różne wersje) stoczyła się jedna z ważniejszych bitew starożytności. Ateński generał, Kimon, rozgromił perskie wojska, przełamując ostatecznie zagrożenie ze strony króla królów.

Wiemy zatem, że waza przedstawia Eurymedon – ale nie jest do końca pewne, czy chodzi tu o personifikację rzeki, czy raczej greckiego zwycięstwa bądź samej bitwy. Nie jest też stuprocentowo jasne, który z dwóch mężczyzn jest Eurymedonem, i kim jest druga, bezimienna postać. Najpopularniejsza teoria stanowi, że Eurymedonem, rozumianym właśnie jako greckie zwycięstwo, jest nagi mężczyzna z erekcją, a druga postać w stroju orientalnym uosabia pokonanych Persów. Malarz dekorujący omawianą wazę zdaje się więc mówić – z góry przepraszam co wrażliwszych czytelników – „wydymaliśmy Persów”. Świadczy o tym zarówno zaakcentowany fallus nagiego mężczyzny, jak i postawa jego przeciwnika, a także ułożenie rąk tegoż, właściwe przedstawieniom kobiet broniącym się przed gwałtem, i frontalne przedstawienie twarzy, używane w tym okresie przeważnie przy malowaniu postaci będących w głębokich tarapatach czy wręcz umierających.

Widać więc, że nasz malarz konceptualizował nienawiść i poczucie wyższości wobec wroga w sposób bardzo podobny do tego, którego przejawy widać na warszawskich murach. Stanowi to ciekawe świadectwo dla dyskusji na temat starożytnej seksualności – widać tu jak na ręku, że choć Grecy akceptowali relacje homoerotyczne, nie robili tego w sposób bezwarunkowy i używali też języka seksu do podkreślenia dominacji czy upokorzenia wroga (wielu badaczy antyku uważa, że Grecy uważali pasywną rolę w stosunku homoerotycznym za niegodną dorosłego mężczyzny). Po drugie, co również ciekawe, widać wyraźnie, że nie wszyscy współcześni Sokratesa byli tak kulturalni i wyrafinowani, jak nam się wydaje…

Nie odzieram antyku z jego dostojnych szat dla samej przyjemności zakrzyknięcia „król jest nagi”. Wydaje mi się po prostu, że lepiej starać się zrozumieć tę epokę całościowo, patrząc zarówno na areopagi i gimnazja, jak i na rynsztoki i burdele. Dopiero wówczas można mieć nadzieję na zobaczenie jej taką, jaką faktycznie była, i ostatecznie odsunąć na bok wybielone i ugrzecznione jej wizje.

J. Szamałek

Źródło ilustracji – livius.org

16.11.2012
piątek

Super-Lider i apoteozowanie

16 listopada 2012, piątek,

Pan Jarosław Gowin jest postacią kontrowersyjną, która regularnie zaskakuje opinię publiczną wysoce nietypowymi jak na ministra sprawiedliwości interpretacjami prawniczymi, głębokimi sentencjami, których pozazdrościć mógłby mu sam mistrz metafizyki Paolo Coelho, a także zamiłowaniem do nietypowych, rzadko używanych wyrazów, część z których, można podejrzewać, nieznana jest nawet profesorowi Bralczykowi. Ostatnio minister Gowin użył w debacie politycznej czasownika „apoteozować”, znacznie tym samym utrudniając życie telewizyjnym prezenterom i spikerom radiowym, którzy na słowie tym łamią sobie od dwóch dni języki.

Pomyślałem sobie, że skoro już Minister Gowin odkurzył to szlachetnie brzmiące słowo, warto byłoby o nim napisać coś więcej, zwłaszcze, że – jak już się zapewnie Państwo domyślacie – związane jest ono ściśle z moją ulubioną epoką historyczną. Jako, że jestem wzrokowcem,  zacznę dyskusję od konkretnego przedmiotu, czy wręcz dzieła sztuki.

Źródło: Wikimedia, fot. lalupa

Powyższa fotografia przedstawia bazę kolumny Antoninusa Piusa, czyli Antoninusa Pobożnego (proszę zwrócić uwagę, jakże dobrze pasowałby ten przydomek i innym osobom wspomnianym w dzisiejszym wpisie!), wzniesionej przez jego adopotwanych synów, Marcusa Aureliusa i Luciusa Varusa. Każda z czterech stron bazy ozdobiona jest płaskorzeźbami, ale to właśnie relief widoczny na zdjęciu jest najbardziej interesujący.

Na dole płaskorzeźby widać dwie postaci – młodego mężczyznę, opierającego dłoń na obelisku, czyli personifikację Pola Marsowego, oraz kobietę w pełnym bojowym rynsztynku, damskie uosobienie Rzymu – Romę. Nogi obydwu bożków dotykają tarcz i hełmów, przypominających o licznych zwycięstwach Imperium. Ponad nimi unosi się potężny uskrzydlony mężczyzna, którego przyrodzenie skryte jest za  figowym listkiem. Zaznaczę od razu, że nie stanowił on elementu oryginalnej kompozycji, lecz został dodany, by oszczędzić papieżom, w skład kolekcji których wchodził ów cokół, konieczności spoglądania na bezwstydnie wyeksponowane męskie przyrodzenie. Pruderia i cenzorskie zapędy – skąd my to znamy!

Najciekawszym elementem kompozycji są jednak dwie małe postaci usadowione na barkach skrzydlatego mężczyzny (interpretowanego często jako Aion, uosobienie wieczności).  Charakterystyczne twarze tej pary pozwalają na łatwą identyfikację – mamy tu do czynienia właśnie z Antoninusem Piusem i jego małżonką Faustyną, którzy wznoszą się ku niebiosom. Innymi słowy, jest to przedstawienie apoteozacji (od greckiego apotheoun, theos = bóg), deifikacji czy, jeśli nie lubicie Państwo wtrętów z wymarłych języków, ubóstwienie.

Rzymianie uważali, że najwybitniejsi z ich współziomków, najczęściej członkowie rodziny cesarskiej własnie, zasiądą po śmierci wśród bogów. Ba! Mało tego, z własciwym dla siebie uwielbieniem formalizmu i biurokracji wydawali, rekoma Senatu dekrety, które precyzowały, kogo Zeus et consortes uznali za godnych siebie (skąd to wiedzieli – nie mamy pojęcia, ale i dziś, w uderzjąco podobnych procesach kanonizacyjnych, nikomu zdaje się to nie przeszkadzać). Żeby przekonać niedowiarków, w trakcie cesarskiego pogrzebu wypuszczano chyłkiem z klatek orły, które miały unaoczniać pośmiertny awans władcy. Takie orły widnieją też na płaskorzeźbie – tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie załapał, o co chodzi w tej, dość jednak dosłownej, scenie.

Czy Rzymianie rzeczywiście wierzyli, że ich cesarze stawali się bogami? Stanowi to przedmiot żywej debaty, która nigdy zapewne nie zostanie rozstrzygnięta, bo, jakby nie patrzeć, samych zainteresowanych o zdanie już nie zapytamy. Nie ma jednak wątpliwości, że deifikowanie zmarłych władców stanowiło fantastyczne narzędzie polityczne, które legitymizowało władzę, budowało szacunek wobec rządzącej dynastii i respekt wobec kolejnych cesarzy, dodając im autorytetu. Minister Gowin daleki jest zapewne od apoteozowania samego siebie, ale zdaje się, że jednak chciałby chociaż stanąć na cokole – jak można by wnioskować po tytule wydawanej przezeń gazetki „Super Lider” (prawie jak caesar optimus maximus!)…

Jakub Szamałek

PS. Przy okazji polecam lekturę starożytnej parodii procesu ubóstwienia – czyli Udynienie Boskiego Klaudiusza, pióra samego Seneki!

23.10.2012
wtorek

Fałszywa żałoba

23 października 2012, wtorek,

Dawno, dawno temu, pewien Grek wybierał się na pogrzeb. Zwyczaj wymagał, by zmarłemu złożyć jakąś ofiarę – piękną wstęgę, którą można by przywiązać do nagrobka, albo, jeszcze lepiej, buteleczkę z perfumami (lekyt). Naczynia w tym kształcie, pokryte łatwo łuszczącą się białą farbką, były wszechobecne na ateńskich cmentarzach V w p.n.e.; można rzec, że są to odpowiedniki naszych rodzimych zniczy.

Fot. Reed Hiart, Wikimedia

Nasz Grek, w przeciwieństwie do dzisiejszych mieszkańców Hellady, był jednak człowiekiem oszczędnym i żal było mu wydawać ciężko zarobione drachmy i obole na grobowe podarunki. Z drugiej strony, niezręcznie byłoby mu przyjść z pustymi rękoma. Koniec końców zdecydował się na złoty środek – prezent, który kosztuje niewiele, a sprawia wrażenie drogiego… do momentu, kiedy nie zrobi mu się zdjęcia rentgenowskiego.

Fot.: Vroma.org

Lekyt z powyższej fotografii pochodzi ze zbiorów nowojorskiego Metropolitan Museum of Art. Z zewnątrz niczym nie odróżnia się od tysięcy podobnych waz – środek za to ma wielce oryginalny. Jak widać, ukryto w nim malutki pojemniczek. Dzięki temu można było do środka wlać kilka zaledwie kropelek cennych perfum, a waza zdawała się być wypełniona po brzegi.

Ta waza jest bezcennym źródłem do dyskusji na temat podejścia starożytnych Greków do życia pozagrobowego. Czy Grek-oszczędniś, który złożył tę wazę w prezencie, chciał oszukać tylko krewnych, czy też duszę zmarłego? Jeśli tak, musiał sądzić, że duchy są niezbyt rozgarnięte – tak też są zresztą opisane w dziełach Homera – i nie bać się ich zemsty. A może dar ten przyniósł ateista-konformista, który w życie pozagrobowe nie wierzył wcale, a wszelkie obrządki funeralne uznawał za marnotrawstwo i brał w nich udział tylko dlatego, że tak wypadało?

Warto jednak zaznaczyć, że tego rodzaju „oszukańcze” lekyty były niezwykle rzadkie – nie pozwalają nam więc hipotetyzować na temat całego społeczeństwa, lecz tylko niektórych jego członków. Wyjątkowość wazy z Nowego Jorku skłania jednak do zadania kolejnego pytania – jak się je kupowało? Czy tylko niektórzy garncarze robili podobne naczynia, i wydawali je spod lady na wyraźne życzenie klienta? Czy może produkowali je wyłącznie na własne potrzeby?

Na żadne z tych pytań niestety nie jesteśmy w stanie udzielić odpowiedzi – a szkoda. Warto za to w trakcie zbliżającej się zaduszkowej wizyty na cmentarzu sprawdzić, czy i dziś z myślą o oszczędnych żałobnikach nie sprzedaje się w specjalnej cenie zniczy o podwójnym dnie albo wieńców z kwiatami z jednej tylko strony…

J. Szamałek

PS. Z wielką radością informuję, że w miniony weekend dostałem na Międzynarodowym Festiwalu we Wrocławiu Nagrodę Czytelników za najlepszą powieść kryminalną roku 2011 („Kiedy Atena odwraca wzrok”). Pięknie dziękuję za oddane na mnie głosy!

 

8.10.2012
poniedziałek

Pocztówka sentymentalna

8 października 2012, poniedziałek,

W samym sercu Kerczu, największego miasta wschodniej Ukrainy, znajduje się wzgórze. Na wzgórzu z kolei znajduje się kilkumetrowy, betonowy obelisk. Do tegoż obeliska przymocowano wielką czerwoną gwiazdę. W nocy owa gwiazda rozbłyskuje karmazynowym  światłem, widocznym z odległości kilku kilometrów (sprawdzone empirycznie). Za dnia, po sypiących się stopniach, które  długością mogłyby konkurować ze znacznie słynniejszymi schodami z Odessy, wdrapują się całe zagony rosyjskojęzycznych turystów. Turyści robią sobie zdjęcia z obeliskiem i gwiazdą, schodzą na dół, do kilmatyzowanych  autobusów, i odjeżdżają.

Na tymże samym wzgórzu, kilkadziesiąt zaledwie metrów od obeliska i gwiazdy, znajdują się ruiny kompleksu pałacowego Pantikapajonu, stolicy Królestwa Bosporskiego, które władało znaczną częścią Krymu przez blisko tysiąc lat. Opaleni na brąz archeolodzy z Mokswy odsłaniają fragmenty rzeźb i fresków, fundamenty kolejnych budowli, przez nikogo nie niepokojeni. Przez dalszą część wzgórza, gdzie przybyli z Azji Mniejszej Grecy mieli cmentarz, biegnie czerwony rurociąg, z kolankami co kilkadziesiąt metrów. Są też stare bunkry, wypełnione po brzegi plastikowymi butelkami.

Po wzgórzem z obeliskiem i gwiazdą można złapać marszrutkę – mały autobusik, we wnętrzu którego panuje temperatura właściwa raczej piecom hutniczym, niźli środkom komunikacji – jadącą na wschodnie rubieże miasta. Na końcu linii, za ostatnimi budynkami, jest pętla. Przy pętli stoją liczne autobusy, które widzieliśmy już w centrum. Na turystów czekają dziesiątki straganów, gdzie kupić można kwas chlebowy, czeburaszki, słodkie napoje. Turyści idą na lewo, do adżimuszkajskich kamieniołomów, gdzie w czasie II wojny światowej bazę mieli walczący z nazistami partyzanci. Wejście do podziemnych korytarzy, które powstańcom posłużyły wpierw za dom, a potem grób, znaczą monumentalne rzeźby z żelbetu. Proporcje są ciężkie, jak na fresku Michała Anioła, tylko twarze mocniej ciosane. Jak mówiłem, turyści idą w lewo, my idziemy w prawo, polną drogą. Trawa po obu stronach sięga do pasa, cykady grają tak głośno, że ledwie można rozmawiać, niebo jest bladoniebieskie i bezchmurne. Lepiej mieć czapkę, inaczej można spalić sobie skórę na nosie (sprawdzone empirycznie).

Po kilkuset metrach dochodzimy do niewielkiej górki. Przy górce stoi budka, można w niej kupić bilety. Zniżki studenckiej nie ma. Kasjerka ma grube szkła i patrzy nieufnie, pewnie przez kulawy rosyjski. Kolejki nie ma. Pod górką znajduje się grobowiec sprzed blisko 2, 500 lat. Grobowiec jest pusty, obrabowano go już w starożytności, ale i tak robi piorunujące wrażenie. Do wnętrza prowadzi korytarz wyłożony ciężkimi wapiennymi płytami. Wejście jest trójkątne, przypomina wejście do pieczary. W środku znadjują się dwa pomieszczenia, jedno kwadratowa, drugie owalne, zwieńczone schodkową kopułą. Kiedyś były wypełnione po  brzegi złotem, teraz są zupełnie puste. W środku jest przyjemnie chłodno, na spoconej skórze wyskakuje gęsia skórka. Na niektórych  skalnych blokach wyryto napisy, znaki. Niektóre są świeże (MISZA 2009), inne mają kilkaset lat. Poza nami turystów nie ma.  Czy w tym grobowcu złożono ciało bosporskiego króla, czy też może jakiegoś jego scytyjskiego czy sindiańskiego sojusznika? Czy wzorowano go na mykeńskich mauzoleach, czy może kurhanach stepów Ukrainy? Może łączył on jedno z drugim? Ciężko powiedzieć.

Fot. Autor. Carski Kurhan

Marszrutką można pojechać spod grobowca na dworzec autobusowy. Przed dworcem znajdują się: bar i jeszcze jeden grobowiec. W barze można kupić wodę, colę, piwo i kiełbaski. Stoły pokryte są plastikowymi ceratami, do których kleją się łokcie. Z telewizora leci piosenka pop, bzyczą muchy. W grobowcu pusto i chłodno. Pani kasjerka jest jest zadowolona, że może z kimś porozmawiać. Daje mapkę z atrakcjami Kerczu, bezpłatnie. Na środku zaznaczono czerwoną gwiazdę, jakby i tak nie było jej widać z każdego zakątku miasta. Nawet odlany w brązie Lenin – na placu Rewolucji, przy ulicy Róży Luksemburg – zdaje się na nią wskazywać. Ten grobowiec jest skromniejszy. Wejście ma w formie frontonu, kiedyś pewnie pomalowanego na żywe kolory. W środku tak samo zimno i cicho. Tu już nawet nie ma graffiti, śmierdzi za to spalinami.


Fot. Autor. Kurhan Melek-Czesmen.

Na dworcu łapiemy autobus do Simferopola. Tam też jest grobowiec, scytyjskiego króla, pisałem już o nim kiedyś. Drogę do niego wskazują dwaj lekko zawiani panowie. Trzeba się wspiąć po stromym zboczu, ścieżki nie ma. Przed grobowcem pasą się krowy. Miła starsza pani zaprasza na obiad, ale trzeba już jechać.

J. Szamałek

PS. Przepraszam za przedłużającą się ciszę w eterze. W piątek miałem obronę pracy doktorskiej i musiałem się przygotować – całe szczęście, poszło bardzo dobrze. Od teraz, mam nadzieję wpisy będą pojawiać się regularnie.
PPS. Przy okazji pochwalę się, że moja książka, „Kiedy Atena odwraca wzrok”, została nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru (najlepszy kryminał roku 2011). Przyznawana będzie też nagroda czytelników- tu można znaleźć instrukcję, jak oddać głos.



20.08.2012
poniedziałek

Miasto popiołów

20 sierpnia 2012, poniedziałek,

Nazwa „Mirmeki” brzmi swojsko w uszach polskiego archeologa. To w tym małym, założonym przez Greków na wschodnich krańcach półwyspu krymskiego miasteczku profesor Kazimierz Michałowski prowadził swoje pierwsze powojenne wykopaliska, w trakcie których odkryto między innymi pochodzącą z pierwszych wieków naszej ery wytwórnię wina. Obiekty z Mirmeki przedstawiono szerszej publiczności w wystawie w Muzeum Narodowym w 1957, gdzie wiele z nich znajduje się do tej pory.

Mirmeki dziś; fot. Autor

Pomimo wieloletnich badań, kontynuowanych do dziś przez archeologów rosyjskich, Mirmeki pozostaje stanowiskiem pełnym zagadek. Po części wynika to z jego słabego zachowania – do czego walnie przyczyniły się przebiegające tam w czasach II wojny światowej walki – a po części z tego, że niektóre z odkryć stawiają więcej pytań, niż dają odpowiedzi.

Najbardziej intrygującym odkryciem jest bez wątpienia gruba na kilka metrów warstwa popiołu, która zalegała w samym centrum miasteczka, w wykopie „I”. Mimo, że natrafiano na nią po raz pierwszy już w połowie poprzedniego wieku, dopiero niedawno rosyjskim archeologom udało się dokładnie zrekonstruować historię jej powstania i pełne wymiary. Co ciekawe, jej początki zdają się nie być powiązane z żadnym drastycznym wydarzeniem, a jej funkcjonowanie przypada na okres ogólnego rozkwitu miasta.

W najstarszych warstwach wykopu I odkryto skromny, składający się z kilku pomieszczeń budynek powstały ok. 500-450 p.n.e., to jest mniej więcej pięćdziesiąt lat po założeniu samego miasta. Jako, że w jednym z pokoi znaleziono kamienny ołtarz, rosyjscy archeolodzy przyjęli, że odkryta przez nich konstrukcja służyła jako świątynia. Pomiędzy 450 a 400 r. p.n.e. została ona przykryta grubą na 70cm, pokrywającą blisko 130 m2 warstwą popiołu – mimo, że w samej świątyni nie odnaleziono śladów pożaru. W tej warstwie odnaleziono ponad 13, 000 fragmentów ceramiki (głównie amfor transportowych), 800 kawałków kości i blisko 30 lampek – jak również szkielet dużego psa, połówkę amfory wbitą w popiół dokładnie nad ołtarzem, i skorupkę z graffiti z imieniem Afrodyty.

W IV w p.n.e. na tej warstwie wzniesiono kolejny budynek, który jednak niedługo po powstaniu został również pokryty popiołem. Ta nowa warstwa była dużo grubsza – miejscami osiągała nawet 3m grubości – i pokryła jeszcze większą powierzchnię, blisko 500 m2. Znalezione w niej obiekty przypominały charakterem te odkryte w poprzednim złogu popiołu, z tym wyjątkiem, że tym razem pojawiły się wśród również monety. Nie zabrakło też graffiti – odnaleziono dwie skorupy z napisem „hier[os]” („czczony”, „święty”) i jedną z dłuższym tekstem, mówiącym o ofiarze złożonej przez niejakiego Hieraiosa.

Co więcej, w ostatnich latach rosyjscy archeolodzy odkryli kolejne dwa tajemnicze depozyty popiołu – tym razem tuż po dwóch stronach drogi prowadzącej na domniemany akropol miasta. Jeden z nich został poddany badaniom, które pozwoliły ustalić jego ramy czasowe na koniec epoki klasycznej i początek hellenistycznej. I tym razem odkryto wiele fragmentów ceramiki i kości, jak również terakotowe statuetki siedzącej bogini oraz blisko siedemset monet. Najbardziej uderzającymi znaleziskami były jednak pochówek dziecka w amforze oraz szkielet psa.

Interpretacja tych depozytów popiołu jest niełatwa. Ewidentnie nie są one pozostałością po pożarze – nie odkryto bowiem śladów gwałtowanego ognia, ponadto przekrój warstw świadczy jednoznacznie o tym, że narastały one stopniowo. Ciężko również widzieć w nich śmietniki – po pierwsze, nagromadzona ilość popiołu jest tak wielka, że zdaje się on być efektem umyślnej produkcji, a nie tylko skutkie ubocznym. Ponadto – kto by chciał mieć wielki śmietnik w centrum miasta? Na pewno nie przeciętni Grecy, którzy dbali o centra swoich osiedli, stanowiących rdzeń ich życia publicznego.

Jak to zwykle bywa, kiedy archeolodzy nie są w stanie znaleźć logicznego wytłumaczenia dla swoich znalezisk, wysunięto też interpretację o znaczeniu religijnym owych złogów popiołu, w której kluczową rolę odgrywają wspomniane graffiti o wydźwięku religijnym, a także kości psów, które w kontekstach rytualnych pojawiają się również choćby w Eretrii i greckich osadach na Sycylii. Omawiane warstwy mogły być zatem pozostałościami po jakichś religijnych rytuałach bądź nawet centrum kultu.

Nawet jeśli przyjmiemy taką interpretację – problemy się mnożą. Grecy używali co prawda ołtarzy wykonanych z popiołów; starożytni historycy wspominają o nich w opisach Olimpii czy Likajonu a archeolodzy odnaleźli je w sanktuariach w Agios Elias czy Didymie. Warto jednak zauważyć, że wszystkie one pochodzą z terenów poza-miejskich – podczas gdy w Mirmeki popiół usypano w samym centrum miasta – i wznoszono je koło światyń, a nie na nich.

wykopaliska w Mirmeki w XIX wieku; źródło: Wikimedia

Klucz do tej zagadki może znajdować się w osiedlach lokalnych plemion zamieszkująych podówczas stepy dzisiejszej Ukrainy. Okazuje się, że w wielu z nich również znaleziono grube depozyty popiołu (zwane przez Rosjan zol’niki), które często funkcjonowały przez dziesięciolecia bądź nawet stulecia, i w których również znaleziono wiele fragmentów ceramiki i kości. Ich religijny, albo co najmniej poza-praktyczny charakter sugerują szkielety koni, psów a czasem i ludzi znalezione w ich najniższych warstwach, jak i fakt, że czasami usypwano je w kręgach. Podobnie jak w Mirmeki, takie kopce popiołów przykrywały często budynki.

Choć nie sposób być stuprocentowo pewnym, można pokusić się o stwierdzenie, że podobieństwa pomiędzy depozytami popiołu w Mirmeki i lokalnych osadach są zbyt daleko idące, by być przypadkowe. Najprawdopodobniej należy widzieć w nich zatem pośredni bądź bezpośredni wpływ członków miejscowych plemion, których obecność na terenie Mirmeki i całego Królestwa Bosporskiego, sugerują dane epigraficzne i materiały z nekropolii.

Taka interpretacja pociąga za sobą wiele ciekawych konkluzji. Przede wszystkim, pojawienie się obcego w formie rytuału którego elementem było gromadzenie popiołu musiało dramatycznie odmienić charakter Mirmeki. Pokrywająca 500m2, dymiąca warstwa musiała wpłwać na fukcjonowanie tkanki miejskiej, definiowała wygląd, a zapewne także i zapach centrum osiedla. Dla przybysza z innej części greckiego świata złogi popiołu były uderzajcym odstąpieniem od greckich tradycji.
Kopce popiołu z Mirmeki mogą powiedzieć nam na temat interakcji pomiędzy Grekami a lokalną społecznością dużo więcej, niż materiał z pojedyńczych grobów czy domostw. Podczas gdy decyzja o tym, co umieścić w danym pochówku czy budynku należy do jednostki czy grupy jednostek, organizacja przestrzeni publicznej jest w gestii elit bądź szerszej grupy, obejmującej znaczną część społeczeństwa. To, że centrum Mirmeki tak dalece odbiegało od greckich standardów świadczy o tym, że zewnętrzny wpływ dotknął nie tylko pojedyńczych osób, ale był istotnym elementem kultury tego osiedla.

Wykopaliska z Mirmeki, podobnie jak badania w wielu innych podobnych osiedlach od dzisiejszej Hiszpanii do Afganistanu, pokazują, że greccy osadnicy byli dalece bardziej otwarci na wpływ „barbarzyńskich” sąsiadów, niż niegdyś uważano. Wymiana kulturowa w tym okrese nie była jednostronną „Hellenizacją”, która prowadziła do przejęcia zaawansowanej kultury przez prymitywne społeczności, lecz raczej obustronnym procesem, dokładna dynamika którego zmieniała się w zależności od kontekstu.

J. Szamałek

25.07.2012
środa

Klient nasz pan

25 lipca 2012, środa,

W zglobalizowanym świecie wrażliwość na różnice kulturowe jest często kluczem do sukcesu. Producent, który nie zada sobie trudu, by zrozumieć wartości wywodzącego się z innej części świata klienta, może odkryć, że sprzedające się gdzie indziej dobra nie schodzą na nowym rynku. Doskonałym tego przykładem jest kampania firmy Pepsodent, która wprowadziła pastę do zębów na rynek południowo-wschodniej Azji podkreślając, że znakomicie wybiela ona zęby. Tymczasem wielu mieszkańców tej części świata żuje betel, który nadaje uzębieniu ciemny kolor, uchodzący za atrakcyjny.

Innym przykładem mogą być trudne początki sieci restauracji McDonalds w Chinach. Światowy lider produkcji hamburgerów zachwalał swą markę reklamą, w której występuje postać zdesperowanego klienta, błagającego na klęczkach o uznanie jego kuponów. Problem w tym, że tego rodzaju zachowanie, w zamierzeniu copyrighterów śmieszne i przerysowane, jest przez Chińczyków potępiane; reklamę uznano za obraźliwą, nawoływano do bojkotu restauracji.

Nic zatem dziwnego, że różnice kulturowe są teraz popularnym zagadnieniem w świecie biznesu; pisze się na ten temat artykuły, organizuje konferencje. Menedżerowie wielkich spółek przechodzą szkolenia, jak nie obrazić klientów z otwierających się właśnie rynków; produkty dostosowywane są do lokalnych potrzeb. Wszystko to wydaje się być nowe i ekscytujące (globalna wioska! wielokulturowe korporacje!), choć, jak zaraz Państwo zobaczycie, temat jest stary jak świat.

Jak powszechnie wiadomo, starożytni Helleni nie ograniczali się wcale do terenu dzisiejszej Grecji (półwysep Peloponeski i okoliczne wyspy), lecz żeglowali po całym Morzu Śródziemnym. Nie podejmowali się jednak tych wojaży dla przyjemności, lecz z pobudek bardzo pragmatycznych – szukali nowych ziem pod osiedla, bądź też partnerów do handlu.

Ludy, z którymi przyszło Grekom handlować, były bardzo od nich różne. Na próżno byłoby wśród nich szukać instytucji demokracji, pasji do sądowego pieniactwa czy uznania dla nagiego męskiego ciała. Normy estetyczne czy kulturowe powszechne wśród Greków nie musiały wcale obowiązywać wśród innych mieszkańców basenu Morza Śródziemnego. Nic zatem dziwnego, że nie wszystko, co podobało się Grekom, zyskiwało też poklask wśród ich różnorodnych sąsiadów. Doskonale widać to na przykładzie Etrusków.

Etruskowie byli ludem zamieszkującym dzisiejsze północne Włochy. Grecy uważali ich za dziwolągów – historyk Teopompus, piszący w IV w. p.n.e., wyrzucał Etruskim mężom, że kładą się do uczty wraz z ze swymi żonami, i to na jednym łożu (nie do pomyślenia w szanującej się greckiej rodzinie!), a ponadto tak jak one depilują całe ciało i mają słabość do luksusów. Pomimo tych uprzedzeń, Grecy handlowali z Etruskami na potęgę, co znajduje odzwierciedlenie w przoegromnych ilościach greckich waz znalezionych na ich ziemiach – odkopano ich tam więcej, niż w samej Grecji! Część z tych waz nie różni się niczym od tych, które zostały na Peloponezie i w okolicach. Po innych z kolei widać, że Greccy rzemieślnicy i handlarze chcieli przypodobać się możnym klientom.

Waza widoczna powyżej, przypisana malarzy z tzw. Grupy Perizomy, jest wysoce nietypowa dla greckiej ikonografii. Nie chodzi tu o sam temat zapasów – ta dyscyplina sportu należała do ulubionych tematów malarzy i rzeźbiarzy. Rzecz w tym, że sportowcy są ubrani – mają na sobie pieluchopodobne przepaski, a Grecy od zawsze prawie zażywali aktywności fizycznej nago. Takie zamiłowanie dla golizny było jednak ewenementem w czasach starożytnych; dla Persów, Medów czy Scytów było to szokujące zachowanie. Na wczesnych etapach wymiany kulturowej, z których powyższa waza pochodzi, Etruskowie również nie akceptowali nagości. Można przypuszczać, że greccy handlarze zauważyli, że część ich towarów nie znajduje amatorów, dowiedzieli się, co jest tego przyczyną, i wymogli na współpracujących z nimi rzemieślnikach wprowadzenie odpowiednich zmian i ubranie gołych zazwyczaj postaci. Na podobne ustępstwa muszą iść dziś firmy epatujące zazwyczaj kobiecym ciałem, które próbują odnaleźć się na rynkach bliskowschodnich.

Ta waza, tak zwana amfora nikostenejska (od imienia garncarza podpisującego się na nich, Nikostenesa) ma z kolei typową dla greckiej sztuki dekorację, ale niezwykły kształt (standardową grecką amforę można obejrzeć tu; proszę zwłaszcza zwrócić uwagę na uchwyty). Tego rodzaju naczynia odnaleziono tylko na terenie Etrurii, głównie w grobowcach okolic miasta Caere. Nie ulega wątpliwości, że były one wzorowane na lokalnym kształcie powszechnym wśród Etrusków (przykład np. tu). Jak widać, Grecy potrafili dostosować nie tylko ikonografię, ale i kształt oferowanych naczyń. Dziś powiedzielibyśmy, że producent ceramiki nie uzyskałby suckesu sprzedając lampki do wina w Arabii Saudyjskiej, ale mógłby liczyć na większe powodzenie w handlu, dajmy na to, czarkami na herbatę.

Skala tego fenomenu dostosowywania się do gustów innych kulturowo klientów jest przedmiotem żywej debaty. Niektózy uważają, że Grecy orientowali się w pułapkach i okazjach związanych z  obcymi rynkami nie gorzej niż dzisiejsi mądrale z dyplomami MBA; inni uważali, że był to zawsze jedynie wąski margines greckiego rzemiosła i handlu. Tak czy inaczej, Nikostenes czy malarze z Grupy Perizomy mogliby na pewno udzielić wielu wartościowych rad firmom takim jak Pepsodent czy McDonalds…

J. Szamałek

Źródła zdjęć: 1. – ancientworldnet; 2. – Wikimedia; Walters Art Gallery

9.07.2012
poniedziałek

Cestius orientalista

9 lipca 2012, poniedziałek,

Oczywistą konsekwencją wojny jest śmierć – żołnierzy, cywilów. Innym jej pokłosiem bywają migracje, kryzysy ekonomiczne, zaburzenia demograficzne. Czasem konflikty militarne mają jednak zupełnie niespodziewane następstwa – niektóre nawet całkiem miłe dla oka.

Pięknym tego przykładem jest francuski orientalizm – ważny nurt w XIX-wiecznej sztuce tego kraju. Tworzący w tym kierunku malarze, rzeźbiarze i architekci wykazywali szczególne zainteresowanie estetyką i kulturą Bliskiego i Dalekiego Wschodu. Powstawały obrazy ukazujące scenki rodzajowe z kairskiej ulicy, statuy Beduinów na wielbłądach, budynki ze zdobieniami inspirowanymi arabską glazurą czy z motywami rodem z baśni Tysiąca i Jednej Nocy.

Leon Bonnat, „Arabski Szejk”, 1870. Źródło: Wikimedia; Fot. Walters Art Gallery

Za tę eksplozję zainteresowania Wschodem odpowiada pośrednio dobrze wszystkim znany Napoleon Bonaparte. W 1798, Bonaparte – jeszcze tylko generał – dowodził oddziałem, któremu powierzono misję zajęcia Egiptu, znajdującego się wówczas w rękach Ottomanów. Za francuskim wojskiem podążyli naukowcy i artyści, tacy jak naturalista Saint-Hilaire, matematyk Fourier, chemik Claude Louis Berthollet, i inni. Ich misją było wsparcie wysiłków wojskowych, zaszczepienie oświeceniowego bakcyla na egipskich piaskach – i, rzecz jasna, zdobycie licznych starożytnych zabytków. Większość zebranych – czy może raczej zrabowanych – artefaktów zostało co prawda przejętych przez Anglików, ale ryciny, opowieści i nieliczne, lecz ważne zabytki spływały nad Sekwanę i pobudzały wyobraźnię artystów.

Bardzo podobny proces miał miejsce blisko 2000 lat wcześniej. Wówczas Egipt wpadł w ręce innego ambitnego przywódcy – Oktawiana Augusta. Podobnie jak w przypadku ekspedycji napoleońskiej, zajęcie krainy piramid odcisnęło znaczące piętno na kulturze zwycięzców. Przez blisko sto lat, Rzym przejawiał niepohamowany apetyt na wszelkie rzeczy powiązane z Egiptem: domy zdobiły malowidła pokazujące dorzecze Nilu, zaczęto budować świątynie poświęcone Izydzie, popularna stała się biżuteria oparta na egipskich motywach. Najciekawszym jednak przykładem rzymskiej egiptomanii nie jest moim zdaniem żadna kolia czy mozaika, lecz – bardzo stosownie! – piramida.

Źródło: Wikimedia; Fot. F. Gasparetti

Widoczna na zdjęciu piramida (30 x 30 x 37 m) nie stoi w Gizie, Sakkarze ani nawet Abusir, lecz na południowym obrzeżu Rzymu, nieopodal Porta San Paolo; nie wykonano jej z bloków wapienia, tylko cementu, cegieł i marmuru. Nowożytni mieszkańcy wiecznego miasta byli przekonani, że ta budowla, wkomponowana w późniejsze fortyfikacje, była grobem legendarnego współzałożyciela Rzymu, Remusa. Jej prawdziwe pochodzenie ustalono dopiero w latach sześćdziesiątych XVII wieku – z inicjatywy papieża Aleksandra VII-ego. W rzadkiej dla hierarchy kościelnego żądzy zweryfikowania mitu, polecił on oczyścić fasadę piramidy z porastającego ją bluszczu, spisać odkryte w ten sposób inskrypcje i zbadać, czy budynek kryje w sobie jakieś tajemnice.

Choć papiescy proto-archeolodzy odkryli grobowiec, nie znaleźli już w nim nic ciekawego; złożone tam dobra, z wyjątkiem pustych cokołów, zrabowano już w starożytności. Dużo ciekawsze okazały się inskrypcje. Wiemy dzięki nim, że piramidę zbudowano dla niejakiego Gajusza Cestiusa, syna Lucjusza, który służył jako trybun i pretor. Wykuty w marmurze napis mówi też, że grobowiec został zbudowany w przeciągu 330 dni.

W  napisach na cokołach – jedynych obiektach, którzy starożytni rabusie pozostawili w grobowcu – wymieniono spadkobierców Cestiusa, wśród których znajdował się m.in. Marcus Valerius Messala Corvinus, uczestnik bitwy pod Akcjum. Na podstawie tej listy dziedziców możemy określić datę konstrukcji piramidy – zbudowano ją najpewniej pomięzy 18 a 12 r. p.n.e.

Żaden z zachowanych tekstów nie mówi nam jednak, czemu Cestius – bądź osoby odpowiedzialne za jego pochówek – zdecydowały się na tak ekstrawagancki grobowiec. Najpopularniejsza teoria stanowi, że Cestius służył w legionach  stacjonujących w Egipcie i zainspirował się tamtejszą architekturą. Warto jednak przy tym wspomnieć, że jego piramida jest dużo bardziej spiczasta, niż np. grobowiec Cheopsa i podobne mu mogiły. Te nietypowe proporcje przypominają bardziej stożkowate grobowce z Meroe, królestwa Kuszytów położonego na południe od Egiptu,  z którym Rzym miał wówczas na pieńku (o czym pisałem szerzej tu). Niektórzy badacze sądzą więc, że Cestius wzorował się nie na faraonach, lecz bezwzględnych władców pokroju kuszyckiej królowej Amanikeszato.

Po raz kolejny okazuje się, że historia lubi się powtarzać… Bardzo jestem ciekaw, czy powracający z Afganistanu i Iraku żołnierze również wpłyną jakoś na kulturę swych krajów, i czy na przykład możemy spodziewać się za czas jakiś piramidy bądź zigguratu na wojskowym cmentarzu na Powązkach?

J. Szamałek


 

 

css.php