11.05.2012
piątek

Kobieca ręka

11 maja 2012, piątek,

Czytałem niedawno książkę o kobietach w historii sztuki europejskiej. Nie chodziło jednak o kobiety występujące w roli motywu czy inspirujących muz, lecz artystki, które same chwytały za dłuto czy pędzel. Pierwszy rozdział traktował o Włochach epoki renesansu, ostatni – o czasach współczesnych.

Jak nietrudno się domyślić, przez większość czasu kobieta-artystka była ewenementem. Nie wynika to rzecz jasna z nierównego rozłożenia talentów plastycznych, lecz z tego, że kobietom długo wzbraniano dostępu do odpowiedniej edukacji bądź prawa do wykonywania wolnego zawodu. Te nieliczne damy, które odniosły sukces artystyczny jako  artystki, były często córkami malarzy bądź rzeźbiarzy – jak choćby Fede Galizia czy Caterina van Hemessen.

Książka była ciekawa – żałuję tylko, że narracja zaczyna się dopiero w XIII-wiecznych Włoszech. W końcu kobiety-artystki pojawiają się na historycznej scenie znacznie wcześniej, w tym, rzecz jasna, w starożytności. Zamiast narzekać, wezmę się za częściowe przynajmniej uzupełnienie tej luki.

O chwytających za pędzle kobietach słyszymy czasem od starożytnych autorów – choćby Pliniusza Starszego, którego magnum opus, Historia Naturalis, zawierała też rozdziały dotyczące historii sztuki. Pliniusz wspomina między innymi niejaką Helenę z Egiptu, której dzieła były szczególnie wysoko cenione, czy Irenę, autorkę słynnego onegdaj portretu Diany, którą opisywał później Boccaccio. Pliniusz zdaję się jednak nie być entuzjastą artystycznej emancypacji – pisząc o kolejnej malarce, Timarecie, stwierdza, że wybierając sztukę „wzgardziła kobiece obowiązki”.

Co ciekawe, większość starożytnych artystek było, tak jak ich koleżanki po fachu z Włoch epoki Renesansu, córkami malarzy. Nie jest to przypadek – odbieranie nauki w domu, z rąk członka własnej rodziny, było zapewne jednym z niewielu sposób na obejście społecznych norm niechętnych twórczym, niezależnym kobietom.

Żadne z dzieł wspomnianych przez Pliniusza malarek nie zachowało się. Niewiele możemy się dowiedzieć na temat kobiet-malarek z materiału archeologicznego – większość starożytnych dzieł nie była podpisywana rzez swoich twórców; wśród nielicznych zachowanych sygnatur na próżno szukać damskich imion. Istnieje jednak jedna waza, która pozwala być może wejrzeć w świat kobiety-malarki.

Źródło: vroma.org

Przedstawione powyżej malowidło zdobi hydrię (naczynie na wodę),  wykonaną w Atenach w V w. p.n.e. Widać na nim scenę z warsztatu garncarskiego, albo, jak sądzą niektórzy badacze, metalurgicznego. Rzemieślnicy, w zależności od interpretacji, malują wypalone z gliny naczynia, bądź wykańczają odlane z brązu wazy. Na środku sceny widać Atenę, która lada moment złoży wieniec na głowie jednego z malarzy. Nie jest to motyw wyjątkowy – bogini mądrości często przedstawiana jest jako patronka ateńskich rzemieślników. Poza Ateną widzimy też dwie inne uskrzydlone postaci – są to zapewne jakieś personifikacje, ale ciężko jest ustalić ich tożsamość ponad wszelką wątpliwość.

Bardziej niż boginie interesują mnie w tej scenie śmiertelnicy. Jeden z nich, widoczny z lewej strony, jest zupełnie nagi. Znów, nie jest to wyjątek – istnieją też inne wazy pokazujące rzemieślników w stroju adamowym, jak choćby tak zwany Foundry Cup, pokazujący proces tworzenia brązowej rzeźby. Można przypuszczać, że nie mamy tu do czynienia z nagością heroiczną, lecz praktycznym wyborem, który pozwalał na zdzierżenie bijącego od pieców gorąca.

Postać trzecia od lewej jest wyraźnie mniejsza od pozostałych. W ten sposób malarz chciał zapewne zaznaczyć, że mamy tu do czynienia z młodzieńcem, a nie dorosłym mężczyzną. Potwierdza to świadectwo źródeł pisanych, dzięki którym wiemy, że dzieci zaczynały czasem pracę zarobkową dość wcześnie. Być może jest to niewolnik – tych rzecz jasna zaganiano do pracy tak wcześnie, jak było to tylko możliwe.

Wreszcie, w prawym rogu sceny, natrafiamy na… kobietę! Jej płeć sygnalizuje wyraźnie strój i fryzura. Ewidentnie nie jest to klientka ani przechodzień – siedzi wraz z innym rzemieślnikami w warsztacie; malutkim pędzlem nanosi dekorację na woluty wielkiego krateru (naczynia do mieszania wina).

Jak mamy rozumieć tę scenę? Czy ta kobieta siedziała w jednym pomieszczeniu z nagimi mężczyznami? Czy była niewolnicą, której wystawieniem na nagie męskie ciało nikt się nie przejmował, córką prowadzącego zakład garncarza, a może wolną mieszkanką Aten, która zaciągnęła się do pracy? Nie poznamy odpowiedzi na żadne z tych pytań. Niezależnie od tych zagadnień możemy jednak uznać, że świat ateńskich rzemieślników nie był wyłącznie domeną mężczyzn. Ciekawe, ile zachowanych do naszych czasów waz malowała kobieca ręka?

J. Szamałek

27.04.2012
piątek

Woskowe dziedzictwo

27 kwietnia 2012, piątek,

Przeczytałem gdzieś niedawno, że Porto zostało ogłoszone najlepszym miejscem w Europie na wakacje w roku 2012. Odwiedziłem to miasto parę lat temu i potwierdzam, że faktycznie jest niezwykle urodziwe i interesujące. Wśród licznych jego atrakcji znajdują się między innymi bogato zdobiony, barokowy kościół Clerigos, secesyjna Majestic Cafe i liczne winnice, w których skoszotwać można różnych gatunków porto, wzmacnianego wina, które nosi nazwę miasta.

Mi jednak najbardziej zapadły w pamięć nie architektura, trunki czy piękna plaża, ale… sklepik z dewocjonaliami, na który przypadkowo natrafiłem podczas długiego spaceru. W witrynie tegoż przybytku wystawiono różańce, przedstawienia świętych, mniej lub bardziej kiczowate figurki Matki Boskiej, zdjęcia Ojca Pio, wszelkiej maści i rozmiarów krzyżyki – a także odlane z wosku wota, przedstawiające różne części ciała. Zrobiłem sklepowej wystawie zdjęcie, ale gdzieś mi się ono na twardym dysku zagubiło, odsyłam Państwa zatem do innej fotografii, na której uwieczniono takie właśnie woskowe odlewy z sanktuarium fatimskiego.

Te nogi, główki i inne części ciała wyglądają troszkę jak rekwizyty z horroru klasy C – można je sobie wyobrazić jak, oblane czerwoną farbą, walają się po jakimś wyrzeźbionym w styropianie wampirzym leżu, owianym mgłą pompowaną z dymownicy… Te kawałki ciała nie mają jednak wcale straszyć wiernych, lecz im pomóc. Cierpiący pielgrzym składa w kościele odlew tej części ciała, którą dotknęła choroba. Następnie te wszystkie woskowe stopy, oczy i inne elementy anatomii spala się, licząc na to, że zabieg ten przywróci zdrowie.

Bardzo podobne, ale znacznie starsze przedmioty można obejrzeć w londyńskim British Museum:

Fot. Autor

Mamy tu, od lewej, macicę, oko, ucho i pierś – co prawda tak nienaturalnie, perfekcyjne półkolistą, że wygląda jak beret z antenką. Te kawałki ciała pochodzą z czasów rzymskich. Zrobiono je z gliny, nie z wosku – ale wiemy, że starożytni używali też i tego materiału, który jednakowoż rzadko kiedy zachowuje się do naszych czasów. Ich rola była bliska tej portugaliskich odpowiedników – składano je w świątyniach, by poprosić o uleczenie bądź podziękować za nie.

Jako, że Portugalia była przez kilka ładnych stuleci częścią rzymskiego imperium, można przypuszczać, że nie mamy tu do czynienia z konwergencją (niezależnym wypracowaniem takiego samego rozwiązania czy modelu zachowania), lecz kontynuacją starożytnych tradycji. Jest w tym coś niesamowitego – choć upłynęło tyle czasu, zmienił się język, bogowie, świątynie, a medycyna zrobiła kolosalne postępy, chorujący mieszkańcy Porto proszą o pomoc w ten sam  sposób, co różni Lucjusze i Kwintusze sprzed dwóch tysięcy lat.

J. Szamałek

17.04.2012
wtorek

Epikurejska krytyka reklamy

17 kwietnia 2012, wtorek,

Ładnych parę lat temu natknąłem się na plakat promocyjny pewnego piwa – nazwy nie podaję, żeby nie być posądzonym o kryptoreklamę – który urzekł mnie swoją prostotą. Na jednolitym, białym tle umieszczono butelkę rzeczonego napoju, a obok niej napis: „Piwo X jest bardzo dobre”. I nic więcej.

Czy rzeczony trunek faktycznie był taki smaczny ciężko mi powiedzieć, bo nie miałem okazji go spróbować; zresztą i tak pewnie nie poznałbym się na jego ewentualnych walorach, bo żaden ze mnie piwosz. Spodobało mi się jednak, że ów browar nie obiecuje nam, iż łyk produkowanego przezeń napoju przysposobi nam przyjaciół czy powodzenie u płci pięknej, jak wynika często ze spotów konkurencji.

Reklamy rzadko kiedy odwołują się dziś do konkretnych cech polecanego produktu. Filmik prezentujący aparat komórkowy nie pokazuje nowych funkcji, tylko młodych, atrakcyjnych ludzi na imprezie; reklama samochodu nie skupia się na jego osiągach, tylko oglądających się zań z zazdrością przechodniach; plakat zachwalający męski dezodorant nie próbuje nas przekonać, że używając go unikniemy przykrego zapachu, zawiera w sobie za to obietnicę, że jego woń zadziała na każdą kobietę jak obezwładniający afrodyzjak. Każdy z nas ma niespełnione marzenia, obawy, kompleksy – a copywriterzy próbują nam wmówić, że możemy te problemy rozwiązać danym produktem. Nie masz kumpli? Napij się piwa. Nie masz powodzenia? Spokojnie, spsikaj się tylko naszymi perfumami.

Te obietnice nie są rzecz jasna prawdziwe – dlatego dany zakup często zamiast pomóc czy nawet poprawić humor, pogłębia tylko Weltschmertz. Choroba naszych czasów, chciałoby się rzec, ślepy konsumeryzm XXI wieku i zgniły kapitalizm… Jak to zwykle jednak bywa, problem jest starszy, niż by się mogło wydawać.

***

Oenoanda jest miastem położonym w Lycii, starożytnej krainy położonej na południowo-zachodnim krańcu dzisiejszej Turcji, na szczycie stromego wzgórza. Odkryto je w latach czterdziestych XIX wieku. Początkowo wydawało się, że niewiele różni te ruiny od setek innych wymarłych antycznych miast, którymi usiane są zachodnie wybrzeża Morza Śródziemnego. Jak się jednak okazało, Oenoanda skrywała prawdziwy skarb – najdłuższą znaną nam starożytną inskrypcję, pochodzącą z II w n.e.

Źródło: Wikimedia; fot. Ansgar Bovat

Napis ten liczył sobie aż 25.000 słów i zajmował blisko 260 metrów kwadratowych. Wykuto go na kamiennych panelach, które zawisły na ścianach specjalnie na tę okazję zbudowanego placyku, otoczonego kolumnadą i ozdobionego rzeźbami. W odróżnieniu od innych inskrypcji zbliżonej długości, napis z Oenoandy nie traktuje o honorach przyznanym królom, dyplomatycznych sojuszach czy wydarzeniach natury religjnej. Te tysiące słów składają się na manifest filozoficzny.

Inskrypcję z Oenoandy kazał wykuć niejaki Diogenes – o którym nie wiemy nic, poza tym, że musiał dysponować znacznym bogactwem. Co nim motywowało? „Zaobserwowawszy, że większość ludzi ma fałszywe wyobrażenie o naturze rzeczy… smuciłem się nad ich zmarnowanym życiem i uznałem, że do obowiązków dobrego człowieka należy udzielenie pomocy…” (Fr. 2). Gdyby to niezrozumienie istoty rzeczy dotknęło kilku tylko ludzi, mówi dalej Diogenes, można by z nimi porozmawiać bezpośrednio; ale jako, że problem dotyczy wielu, nalezy sięgnąć po środek „masowego przekazu”, inskrypcję, która pozwoli na dotarcie do jak największej ich ilości.

Inskrypcja Diogenesa jest zbiorem wskazówek życiowych opartych na filozofii słynnego Epikura. Diogenes poucza nas między innymi, iż „…prawdziwa cnota jest nie w teatrach, łaźniach czy perfumach… ale płynie z nauki”, „…bogactwo większe, niż dyktuje natura, na nic więcej się zda, niźli dolewanie wody do pełnego już naczynia”.  Proponuję się skupić na kolejnym zaleceniu: „Wyrafinowane potrawy czy napoje… nie dają nam wolności od bólu [w filozofii epikurejskiej tak definiuje się szczęście] ni zdrowia”.

Stwierdzenie pozornie banalne – ale, gdy się nad nim poduma, okazuje się adekwatne do współczesności. Zamieńmy Diogenesowe „wyrafinowane potrawy” na „szybkie samochody”, „drogą biżuterię” czy „modny dezodorant” – i okaże się, że zawarta tu nauka jak ulał pasuje do krytyki reklam zawartej wyżej. Epikur, a za nim Diogenes, był zdania, że jednym z najważniejszych źródeł szczęścia był kontakt z innymi ludźmi. To nie piwo, choćby i najlepsze, zapewni nam miły wieczór, tylko znajomi, z którymi będziemy mogli je wypić.

Diogenes z Oenoandy brzmi, szczerze mówiąc, jak człowiek nadęty, który czerpie przyjemność z pouczania innych i chwalenia się wiedzą. Można też posądzić go o hipokryzję – człowiek przywiązany do epikurejskich zasad miałby trudności ze zdobyciem środków potrzebnych na wystawienie tak ogromnej inskrypcji. Ale przyznam, że ucieszyłbym się, gdyby ktoś o podobnym zapędzie moralizatorskim i bogactwie wykupił w telewizji blok reklamowy, żeby powiedzieć „telefon/ perfumy/ auto nie przysparza miłości/ szcześcia/ przyjaźni”.

Jako, że placyk z rzeczoną inskrypcją znajdował się w samym centrum Oenandy, można przypuszczać, że odwiedzali go mieszkańcy miasta idący na agorę na zakupy, czy wracający z pełnymi torbami do domu. Diogenes chciał zapewne, żeby jego ziomkowie pochylili się na chwilę nad wykutymi napisami i zastanowili się, czy naprawdę potrzebują produktów, które właśnie nabyli, czy płacąc za chiton z koańskiego lnu czy wyborne wino z Chios nie próbowali próżnie uśmierzyć jakichś dużo głębiej sięgających potrzeb. Czy rzeczywiście mieszkańcy Oenandy poświęcili swój czas przemyśleniom Diogenesa – ciężko powiedzieć; może wczytują się w nią tylko archeolodzy…

J. Szamałek

PS. Fragmenty inskrypcji Diogenesa w tłumaczeniu na język angielski można znaleźć tu.

 

6.04.2012
piątek

Greckie pisanki

6 kwietnia 2012, piątek,

Zasadniczo uważam się za człowieka kreatywnego, ale kiedy przychodzi pora na malowanie pisanek, wena mnie zawodzi. Zawsze próbuję wymyślić jakiś ciekawy wzór, ale zwykle kończy się to katastrofą i powrotem do sztampowych szlaczków, kropeczek i pasków. Pewnym rozwiązaniem byłoby zapewne sięgnięcie po tradycyjne, ludowe metody dekoracji jaj – ale te wymagają najczęściej nie lada cierpliwości i talentu.

Zamiast odwoływać się wzorów kurpiowskich czy podlaskich, inspiracji można poszukać w mniej oczywistym miejscu – starożytnej Grecji. Okazuje się bowiem, że sztuka dekoracji jaj, czy raczej kształtów owoidalnych, nie była Hellenom obca. Dowodzą tego między innymi te oto obiekty ze zbiorów Muzeum Kerameikosu.

Źródło: Wikimedia; fot. Giovanni dall’Orto

Te jajo-podobne wazy znaleziono na ateńskim cmentarzu. Ich kształt i rozmiar pozwala przypuszczać, że inspirowane były one jajami strusimi, których skorupy czasem znajduje się w miastach i nekropoliach starożytnej Grecji i Włoch. Większość z widocznych tu naczyń udekorowano motywami geometrycznymi i roślinnymi (meander, palmety, rozety); na jednym tylko widnieją wyobrażenia młodych mężczyzn.

Funkcja tych waz jest niejasna; nie ma jednak wątpliwości, że jaja miały dla starożytnych znaczenie symboliczne i stanowiły ważny element mitologii. Niektórzy herosi, tacy jak Molionidowie czy Dioskurowie, mieli się z nich wykluć, tak jak i Fanes, główne bóstwo mitologii Orfizmu (nurtu religijnego, mającego wywodzić się jakoby od poety Orfeusza). Jajo było również jednym z atrybutów Dionizosa; często ofiarowywano je też bogom podziemi, jako, że kojarzono je z płodnością i życiem. Takie też jest znaczenie naszych swojskich pisanek – miały one wszak symbolizować triumf nad śmiercią.  Jak widać, w kwestii znaczenia jaj grecka mitologia i doktryna chrześcijańska są zaskakująco zbieżne. Warto może podkreślić to podobieństwo, umieszczając w święconce pisankę malowaną meandrem…

 

23.03.2012
piątek

Tyche Ustki

23 marca 2012, piątek,

Ładnych parę lat temu radni Ustki postanowili pochylić się nad szczególnie palącą kwestią – rozmiarem biustu syrenki z miejskiego godła. Panowie – nie mam wątpliwości, że była to inicjatywa osobników płci męskiej – unzali, że piersi morskiej piękności są zbyt małe i należy je jakąś specjalną uchwałą powiększyć. Można przypuszczać, że usteccy politycy zaczęli rozmyślać na ten ważki temat w trakcie długich posiedzeń rady, kiedy to zamiast skupić się na dyskusji, zawieszali wzrok na zajmującej dolną część herbu miasta syrence.

Źródło: Wikimedia; fot. Poznaniak

Niestety, mieszkańcy Ustki nie przyjęli tej inicjatywy entuzjastycznie i – pomimo zapewnień radnych, że heraldczyna operacja plastyczna odbije się pozytywnie na ruchu turystycznym – wymogli porzucenie tego jakże ambitnego projektu. Od tego czasu – a minęła już blisko dekada – radni nie wracali już do syrenki i  jej rzekomych fizycznych niedociągnięć. Gdyby jednak kiedyś odkurzyli ten temat, proponowałbym odwołanie się do innego wzorcu niż, zdaje się, Pamela Anderson – na przykład Tyche Antiochii.

***

Jakiś czas temu prowadziłem zajęcia z zakresu przedstawień bóstw i personifikacji w sztuce antycznej. Rzeźba, która sprawiła studentom najwięcej trudności, znajduje się dziś w Watykanie i wygląda tak.

Źródło: Wikimedia; fot. Jastrow

Nasza zagadkowa rzeźba została wykonana z marmuru; przedstawia owiniętą płaszczem, siedzącą na kamieniu kobietę w koronie, która w prawym ręku trzyma pęczek kłosów zboża, a prawą nogę opiera na barku młodego, wyłaniającego się z ziemi mężczyzny. Z kim mamy tu do czynienia? Na pewno nie z jakąś przeciętną greczynką czy rzymianką; nietypowe atrybuty pozwalają sądzić, że przedstawiona postać należy do świata bogów. Ale o co chodzi z tą dziwną koroną i nagim chłopakiem?

Przyjrzyjmy się najpierw koronie (zbliżenie). Tego rodzaju nakrycie głowy przywodzi na myśl władzę – ale to skojarzenie współczesne; starożytni królowie i cesarzowie podkreślali swoją pozycję przy pomocy innych przedmiotów, na przykład diademów czy wieńców. Poza tym korona kobiety z Watykanu ma dość niezwykły kształt, przywodzący na myśl mur. Można więc przypuszczać, że mamy tu do czynienia z personifikacją jakiegoś miasta. Znaczenie kłosów zbożba (zbliżenie)  można rozszyfrować bez większych problemów – wedle starożytnych konwencji, symbolizowały one płodność i dobrobyt. Z kolei głaz, na którym siedzi kobieta-miasto ma zapewne wskazywać na wysokie położenie – szukamy więc osady znajdującej się blisko jakiegoś górskiego łańcucha. Wreszcie – nagi, wyłaniający się z ziemi mężczyzna (zbliżenie). Może się to wydać dziwne, ale Grecy tak właśnie uosabiali rzeki, czy raczej ich boski aspekt. Zresztą, ułożenie ramion przypomina ruchy, jakie wykonuje się pływając.

Kobieta z Watykanu jest więc przedstawieniem bogatego miasta, położonego w górach, nad rzeką. Cóż – mamy kilkuset potencjanych kandydatów… Całe szczęście w sukurs przychodzi nam bizantyński historyk Jan Malalas, który tak opisuje wizytę cesarza Trajana w mieście Antiochia (Chronographia 11 p. 276 Bonn): ”Trajan odbudował teatr w Antiochii… i ustawił w nim rzeźbę Tyche tego miasta, usadowionej nad rzeką Orontes, ukoronowanej przez królów Seleukosa i Antiocha”. To świadectwo, zestawione z innymi źródłami historycznymi, pozwala przypuszczać, że statua z Watykanu jest kopią tej właśnie rzeźby. Pauzaniasz, autor starożytnego przewodnika po Grecji, przypisuje opracowanie pierwszego wyobrażenia Tyche Antiochii niejakiemu Eutychidesowi.

„Tyche” to boginii szczęścia, powodzenia, którą wiązano z konkretnymi osobami, miastami, a nawet ludami. Jak widać, miała ona wiele odmina – trochę jak Maria w katolicyzmie (np. Matka Boska Częstochowska, Matka Boska Ostrobramska, itd.). Rzeźba Eutychidesa szybko stała się popularna, czego świadectwem są liczne jej kopie (parę przykładów: 1, 2, 3). Inne miasta starożytnego greckiego świata zleciły opracowanie swoich własnych uosobień, które zawsze przyjmują formę kobiety wyposażonej w atrybuty charakterystyczne dla danego osiedla bądź róg obfitości, często w koronie z murów miejskich  (kilka przykładów: 1, 2, 3). Na podstawie tych tradycji Rzymianie stworzyli personifikację Wiecznego Miasta, boginię Romę.

Jeśli radni w Ustce wezmą się jeszcze kiedyś za podrasowywanie herbu, warto może pomyśleć o wypracowaniu symboliki, która odda charakter ich miasta, zamiast, wzorem najgorszych kampanii reklamowych, seksualizować  biedną syrenkę. Tyche Antiochii byłaby chyba dobrym punktem odniesienia…

J. Szamałek


12.03.2012
poniedziałek

Tajemnicze lusterko i rusznica Winnetou

12 marca 2012, poniedziałek,

Każde dziecko ma swojego bohatera. Dla niektórych był to Kapitan Kloss, dla innych kapitan Żbik, dla późniejszych pokoleń – Superman, kapitan Tsubasa albo drużyna X-menów. Ja z kolei dorostałem zapatrzony w postać Winnetou – szlachetnego wodza Apaczów z, dziś muszę przyznać, raczej kiczowatych powieści Karola Maya.

Na książkach się nie skończyło – przygody Winnetou i jego towarzysza, równie, albo i jeszcze bardziej honorowego Old Shatterhanda, można było śledzić również na ekranie. Przynajmniej raz do roku jeden z polskich kanałów telewizyjnych decydował się na puszczenie któregoś z niemieckich filmów zrealizowanych na podstawie prozy Maya.

Zaszczyt wcielenia się w dumnego syna Apaczów przypadł Francuzowi Pierre Brice’owi – w kruczoczarnej peruce, z twarzą pokrytą pudrem kolorem przypominającym tani samoopalacz, wyglądał prawie jak rodowity Indianin. Moją uwagę przykuwała zawsze jego wspaniała rusznica – podczas gdy inni bohaterowie strzelali zazwyczaj z klasycznych karabinów Winchester, strzelba Winnetou była pięknie zdobiona srebrnymi blaszkami.

Niemieckie produkcje o Indianach nie były zazwyczaj przesadnie wiernie faktom, podobnie jak i książki Maya, który nigdy nawet nie był w Ameryce; w kwestii oręża Winnetou były jednak bliskie prawdy. Indianie rzeczywiście mieli zwyczaj zdobienia kupionych od bladych twarzy przedmiotów na własną modłę, i strzelby podobne tej należącej do filmowego wodza Apaczów faktycznie istniały.Po co się tak fatygować? Przecież strzelba działać będzie równie dobrze ze srebrnymi czy miedzianymi blaszkami, jak i bez nich.

Najkrócej rzecz ujmując, wydaje mi się, że chodziło o względy estetyczne i język-pozawerbalny. Każda kultura czy cywilizacja ma właściwe sobie koncepcje piękna – o czym ja zawsze sobie przypominam odwiedzając którąś z hinduskich restuaracji, których w Anglii jest mrowie. Większość z nich ocieka wszelkiego rodzaju złoceniami, jaskrawymi kolorami, zdobieniami, od których aż szczypią oczy. Mi taki wystrój wydaje się boleśnie wręcz kiczowaty – ale to oczywiście reakcja całkowicie subiektywna, wynikająca z przyzwyczajenia do innych wzorców; z kolei właściciel takiego przybytku uznałby zapewne moje obecne mieszkanie za odstręczające, i miałby do tego rzecz jasna pełne prawo.

Gdyby nagle okazało się, że taką restaurację dostaję w spadku i mogę przerobić ją wedle swojego widzimisię, przemalowałbym wściekleczerwone ściany, wywalił pseudo-bibeloty i inne graty, wstawił inne meble. Innymi słowy, zmieniłbym tę przestrzeń tak, by odpowiadała moim gustomi potrzebom, bym czuł się w niej komfortowo, ale jednocześnie odarłbym ją z licznych symbolicznych znaczeń – pozbywając się na przykład przedstawień hinduistycznych bóstw. To samo, na mniejszą skalę, można robić też z przedmiotami – czego przykładem są właśnie zdobione indiańske rusznice, które metalowymi blakszami wpisywano w inny wachlarz estetyczny i nasycano nowymi znaczeniami.

Myślałem o tym wszystkim, natknąwszy się na publikację pewnego brązowego greckiego lusterka. Niestety, nie mogę wkleić oryginalnego rysunku tego przedmiotu, musi więc Państwu starczyć mój odrys.

Przedstawione tu lusterko zostało odnalezione w XIX wieku w Pantikapajonie, stolicy greckiego Królestwa Bosporskiego, leżącego na  wybrzeżach cieśniny łączącej Morze Czarne i Azowskie. Jednak dopiero w 2010 roku zauważono rysunek, wyryty delikatnymi, płytkimi liniami na jednej z jego stron.

Rysunek ten był raczej dziełem właściciela lusterka, niż profesjonalnego rzemieślnika – każe tak myśleć słaba widoczność tej dekoracji, niezdarnie prowadzone linie, wreszcie to, że obraz zdaje się być niedokończony. Podczas gdy kształt lusterka odpowiada szeroko rozpowszechnionemu greckiemu typowi, motyw, który stanowi dekorację, ma swoje korzenie w sztuce ludów europejskich stepów.

Leżący jeleń z wygiętą szyją i rozłożystym porożem pojawia się na wielu dziełach przypisywanym Scytom, którzy onegdaj zamieszkiwali południową Ukrainę i Rosję, i byli, często dość problematycznymi, sąsiadami osiadłych tam Greków. Motyw jelenia pojawia się na złotych ozdobach (przykład), elementach końskiej uprzęży (przykład) a nawet tatuażach ze słynnych syberyjskich grobowców Pazyryk (przykład), wykonanych w tak zwanym stylu zwierzęcym.

Mamy tu więc greckie lusterko z miejscowym motywem. Można przypuszczać, że udekorował je jakiś przedstawiciel miejscowych ludów, który, niczym Winnetou, nie był do końca usatysfakcjonowany jego wyglądem, i postanowił zmienić je, wyskrobując szeroko występujący motyw. Ale są i inne możliwości – niewykluczone, że ten rysunek jest dziełem Greka, zafascynowanego obcą kulturą (proszę pomyśleć o Europejczykach, którzy tatuują sobie na ciele chińskie znaki, często nie znając nawet ich znaczenia), albo kogoś, kto wśród swoich przodków miał i Greków, i mieszkańców okolicznych stepów, i dawał w ten sposób wyraz swojej skomplikowanej tożsamości. Jak było, już się niestety nie dowiemy, chociaż chciałoby się spytać – lustereczko, powiedz przecie…

J. Szamałek

29.02.2012
środa

Ile oczu ma cykop?

29 lutego 2012, środa,

Ile oczu ma cyklop? Głupie pytanie, ktoś powie, przecież ten mitologiczny stwór słynie z tego właśnie, że ma jedno oko, ta cecha to jego sine qua non. Rzućmy jednak okiem na poniższy fragment czerwonofigurowej wazy z Lukanii (południowe Włochy, późny V w. p.n.e.):

Fot. Autor

Ten cyklop to nie kto inny, jak Polifem, który prawie co położył kres przygodom Odyseusza, zamykając go wraz z kompanami w swej jaskini, planując ich pożarcie. Tu widzimy go na moment przed okaleczeniem przez słynnego władcę Itaki – leży już w pijackim śnie, a greccy marynarze rozgrzewają w ogniu drąg, który wrażą cyklopowi w oko… no właśnie, ale które?

Polifem na naszej wazie ma jedno duże oko umieszczone na środku czoła. Poniżej jednak widzimy brwi – które, podejrzewa się, uzyskaliśmy w procesie ewolucji po to właśnie, by chronić wzrok – a dalej dwie cienkie kreski, które wyglądają właśnie jak zamknięte do snu oczy. Trzyoki cyklop? O co tu chodzi, czyżby nasz malarz nie znał Homera?

Wydaje mi się, że nie w tym rzecz – i wysuwam dwie inne teorie. Po pierwsze, możemy mieć tu do czynienia z siłą przyzwyczajenia. Nasz malarz zapewne malował ludzi, i bogów przybierających ich kształty, każdego dnia, a cyklopów jedynie z rzadka. Być może więc, nie zastanawiając się zbytnio, nad tym, co robi, dał Polifemowi ludzką twarz, do której dołożył też i trzecie, większe oko. Ta obserwacja może się wydawać banalna – ale zastanówmy się nad jej implikacjami.

Taki przykład malowania „na skróty”, po linii najmniejszego oporu, przypomina, jak dalece artysta potrafi być zależny od schematów, i jak problematyczne może okazać się wyjście poza ich limit. Antropolodzy sztuki uważają, że kiedy zaczynamy rysować, nie uczymy się tak naprawdę wiernie przedstawiać tego, co widzimy, lecz zestawu wzorców, które pozwolą przedstawić rzeczywistość w zrozumiały dla odbiorcy sposób. Jak to działa, widać dobrze w licznych podręcznikach początkującego artysty, które pokazują, jak krok po kroku malować dane zwierzę czy przedmiot (przykład 1, przykład 2). Wyjście poza takie „recepty na obrazek” jest trudne, wymaga talentu i świetnego zmysłu obserwacji bądź bogatej wyobraźni. Nasz malarz znał zapewne schemat na twarz ludzką, ale już nie na cyklopią, a  wymyślenie go od podstaw wyszło mu dość nieporadnie – nie potrafił uwolnić się od tego, co już znał, przelać obrazu, który miał przed oczami, na wazę.

Druga teoria wiąże się poniekąd z pierwszą – możliwe, że nasz malarz wstawił cyklopowi ludzkie oczy, bo nie wiedział, jak wyrazić emocje i stan fizyczny Polifema przy użytku jednego tylko ślepia. Większość naszych uczuć wyrażamy brwiami: ściągnięte w dół końcówki oznaczają agresję, uniesione końcówki – smutek bądź strach, uniesione w całości – zdziwienie, a jedna uniesiona brew sygnalizuje sceptycyzm. Jak przedstawić takie stany u cyklopa? Nie da się, a przynajmniej nie było na to sposobu w repertuarze schematów twórcy tej wazy. Dlatego Polifem ma dziwaczne pseudo-brwi i pseudo-oczy, których kształt wskazuje na niespokojny, lekki sen, który jest kluczowym elementem przedstawianego mitu. Zresztą, problem paradoksalnej cyklopiej twarzy za chwilę rozwiąże Odyseusz z właściwą sobie chytrością, oślepiając Polifema  i tym samym pozbawiając go oczu…

J. Szamałek

 

17.02.2012
piątek

Afgańska rybka

17 lutego 2012, piątek,

Jakiś czas temu dzieliłem się z Państwem wrażeniami z paryskiego muzeum Guimet. Mnie szczególnie zachwyciły rzecz jasna rzeźby z Haddy. Marysi, mojej żonie, która dzielnie znosi mężowskie nudziarstwo i zamiast chadzać po Champs Elysees w cieniu platanów poszła ze mną i swą siostrą na wycieczkę do muzeum, przypadło najbardziej do gustu inne znalezisko z Dalekiego Wschodu – szklany flakonik z I w.n.e.

Fot. Autor

To delikatne naczynko pochodzi z Bagram, małego miasteczka 60 km na północ od Kabulu, które w starożytności było letnią stolicą królestwa Kuszanów (I-III w.n.e.), a dziś służy wojskom amerykańskim jako baza lotnicza. Zanim Afganistan rozdarły następujące po sobie co chwila wojny, w Bagram przeprowadzono wykopaliska, w trakcie których odkryto pałac, a w nim – niezwykle cenny zbiór dzieł sztuki klasycznej, hinduskiej i chińskiej, znany jako „Skarb z Bagram”, z którego pochodzi też omawiana rybka.

Przyznam, że z początku nie rozumiałem zachwytu mojej żony. Mi ta rybka, wyprodukowana zapewne gdzieś na wschodzie Imperium Rzymskiego, nie tylko się nie podobała, ale wydała się wręcz odrzucająca. Nie mogłem racjonalnie wytłumaczyć, skąd wzięła się u mnie tak silna reakcja, podszedłem więc do sprawy po freudowsku i przeanalizowałem moją estetyczną rewulsję (uspokajam jednak od razu, że nie dokopałem się żadnych niezdrowych pociągów ochrzczonych imionami bohaterów greckiej mitologii).

Rybka ma wszelkie podstawy ku temu, by zachwycić. Wykonano ją metodą dmuchania, dopiero co wynalezioną; z wielką pieczą uformowano płetwy, a nawet poszczególne łuski, użyto drogich barwników (złoty, niebieski). Sam kształt jest pomysłowy i można przypuszczać, że robił szczególne wrażenie na mieszkańcach dzisiejszego Afganistanu, suchego i położonego daleko od morza. Jej wykonanie wymagało więc talentu, doświadczenia i kosztownych składników.

Cały szkopuł w tym, że dziś taki sam efekt można uzyskać przy o wiele mniejszym nakładzie sił i środków. Zdałem sobie sprawę, że afgańska rybka kojarzy mi się z kojarzy mi się z kiczowatymi pseudo-bibelotami, od których dziś uginają się półki w sklepach z gatunku „wszystko za pięć złotych”. Wszystkie one są w kształcie zwierzątek, ze szkła i porcelany, ze złoceniami i jaskrawymi kolorami, wykonane w chińskich zapewne fabrykach, w tysiącach ezgemplarzy, koszt produkcji trzy grosze od sztuki.

Problem nie leży więc w omawianym flakoniku, a we mnie. Nieprzewidzianą konsekwencją postępu technologicznego jest to, że przestajemy doceniać rzeczy, których produkcję on ułatwia. Dotyczy to zarówno rzemiosła  (dziś perfekcyjnie symetryczne naczynia o idealnie równych denkach są normą, kiedyś zaś były rzadko osiąganym ideałem) jak i sztuki (tania i łatwo dostępna fotografia była gwoździem do trumny realizmu w malarstwie). Można się spodziewać, że dalszy rozwój tak zwanych drukarek 3D, które umożliwiają produkcję najbardziej nawet skomplikowanych kształtów jednym kliknięciem, znieczuli nas na urok rzeźb z główek zapałek czy dzieł mistrzów origami.

Jak widać, wartość dzieła leży nie w nim samym, a w odbiorcy, którego gust kształtują nie tylko charakter i osobiste preferencje, ale i kontekst cywilizacyjny, w którym funkcjonuje. Niektórzy z nas mają większą łatwość w zrzucaniu bagażu swej epoki w kontakcie ze sztuką minionych dziejów, inni, tak jak i ja, muszą sobie ciągle o nim przypominać.

J. Szamałek

 

8.02.2012
środa

Syrenia iluzja

8 lutego 2012, środa,

Jak wszystkim powszechnie wiadomo, ambicją każdego antycznego twórcy było możliwie jak najwierniejsze naśladowanie natury, mimesis. Od okresu archaicznego, przez klasyczny, aż po hellenistyczny a później rzymski, możemy śledzić ewolucję sztuki, która z każdym pokoleniem zbliża się ku odwiecznemu celowi – całkowitemu realizmowi. Prawda? Otóż nie.

Takie tradycyjne postrzeganie sztuki antyku jest wciąż rozpowszechnione, z tego, co się orientuję, różne wariacje streszczonej powyżej tezy można napotkać w szkolnych podręcznikach do plastyki i języka polskiego. Mnóstwo jest w tym modelu problemów, ale zamiast przedstawiać je raz po raz i zbijać – to byłoby żmudne i nudne – pokażę Czytelnikom jedną wazę, która unaoczni, w czym szkopuł.

W galerii londyńskiego British Museum znajduje się taki oto dzbanuszek z VI w.p.n.e.:

Fot. Autor

Na początku widz zwraca uwagę na złączoną uściskiem parę: pochylonego do przodu mężczyznę i nietypową postać kobiecą, z barku której wyłania się lwia głowa, a z prawej ręki – pies. Mamy tu zapewne do czynienia z wyobrażeniem mitu o Peleusie i Tetydzie, rodzicach słynnego Achillesa. Tetyda, morska nimfa, była z początku niechętne awansom Peleusa; kiedy ów bohater ją złapał, próbowała wyrwać się z uchwytu, stając się kolejno płomieniem, wodą, lwicą i wężem. Na Peleusie te sztuczki nie zrobiły wrażenia, a Tetyda została w końcu jego żoną (jak widać, nie jest to mit feministyczny).

Nasza waza mogłaby więc posłużyć do dyskusji o problemie, jaki artystom stawiają postaci zmienne i dynamiczne – jak widać, malarz próbował pokazać, jak Tetyda przechodzi z jednego kształtu w drugi, ale efekt jest, trzeba szczerze powiedzieć, raczej niezgrabny. Zamiast tego jednak proponuję przyjrzeć się osobliwej postaci znajdującej się na prawo od słynnej pary. Jest to stwór o ciele ptaka i głowie kobiety (co rozpoznać można nie tylko po długich włosach, ale i bladej twarzy; malarze archaiczni białą farbą pokrywali tylko ciało niewieszcze), a zatem najprawdopodobniej syrena.

Nie sposób jednak nie zauważyć, że tułów syreny jest jednocześnie okiem. Sama obecność oka nie powinna zaskakiwać – ten narząd pojawia się na wielu wazach z okresu archaicznego, jego rolą miało być zapewne albo odegnanie złych duchów (tzw. funckja apotropaiczna), albo rozbawienie współbiesiadników (kiedy naczynie podnoszono do ust, namalowane oczy znajdowały się na wysokości twarzy, zamieniając się w maskę). Uderzające jest jednak to, że malarz połączył dwa elementy w jedno, tworząc swojego rodzaju iluzję optyczną, obraz z rodzaju >>co widzisz najpierw<<.

Nie ulega moim zdaniem wątpliwości, że malarz londyńskiej wazy nie mierzył wcale w realizm, lecz całkowicie świadomie bawił się formą i droczył się z widzem w sposób, którego nie powstydziliby się przedstawiciele trendów surrealistycznych i op-artu; to nie był wypadek przy pracy. Choć starożytni Grecy niewątpliwie cenili sobie realizm, to, jak widać w  tym i wielu innych przypadkach, mieli bardziej skomplikowane i szerokie gusta, niż się zazwyczaj przyjmuje.

J. Szamałek

26.01.2012
czwartek

Antioch I Megaloman

26 stycznia 2012, czwartek,

Gdyby Kim Dzong Un chciał kiedyś wydrukować sobie wizytówki, musiałby chyba zdecydować się na jakiś nietypowy format. Standardowy kartonik 90 x 50 mm nie mógłby pomieścić jego licznych tytułów: „Wspaniały Przywódca”, „Niezrównany Przywódca”, „Drogi Przywódca”, „Słońce XXI wieku”. Nadal wiele brakuje mu jednak do ojca, Kim Dzong Ila, do którego zwracano się per „Mądry Przywódca”, „Słońce Komunistycznej Przyszłości”, „Dowódca o Żelaznej Woli”, „Wielki Człowiek, Który Przybył z Niebios”, „Najwyższa Inkarnacja Braterskiej Miłości Rewolucyjnej” – i tak dalej. Kim Dzong Un jest jednak młody, można więc żywić nadzieję, że szybko poszerzy skromny na razie repertuar swych godności.

Te bałwochwalcze epitety stoją w przykrym kontraście z życiem poddanych rodziny Kimów. Jak donosi portal Daily NK, w Korei Północnej nawet kiszona kapusta jest niedostępnym frykasem, w obozach „reedeukacyjnych”, do których trafić można m.in. za niewystarczająco energicznie okazywany żal po śmierci poprzedniego Drogiego Przywódcy, żyje w koszmarnych warunkach blisko 200, 000 ludzi, a tortury są stałym elementem przesłuchań.

Czytając te okropieństwa zastanawiałem się, czy starożytne annały znają równie narcystycznych i obłąkanych władców, jak trzej Kimowie. Po dłuższej chwili zdecydowałem się przedstawić Czytelnikom Antiocha I, króla Kommageny. Rzeczony władca nie może co prawda konkurować z klanem Drogich Przywódców w zakresie prześladowań i zbrodni, ale przejawiał uderzająco podobną skłonność do karykaturalnego samouwielbienia.

Najpierw garść faktów. Kommagena to kraina, która leży w dzisiejszej północnej Syrii. Przez większość historii nie stanowiła ona odrębnego organizmu politycznego, lecz część wielkich imperiów. W VIII w.p.n.e. została wcielona do królestwa Asyrii, później znalazła się w granicach Persji, podbitej następnie przez Aleksandra Wielkiego, po śmierci którego władzę nad tymi ziemiami przejęła dynastia Seleukidów. Kiedy państwo tychże władców zaczęło się rozpadać, Kommagena wybiła się na niepodległość (163 p.n.e.), którą cieszyła się jednakże bardzo krótko – wkrótce wpadła w orbitę wpływów Rzymu, a w I w.n.e. stała się jego prowincją.

Nawet w krótkim okresie niepodległości Królestwie Kommageny daleko było do innych super-powers okresu hellenistycznego; była raczej zawodnikiem wagi koguciej. Najwyraźniej inaczej widział to najsłynniejszy władca tego państewka, Antioch I, znany pod skromnym przydomkiem Bóg Sprawiedliwy i Objawiony, Przyjaciel Rzymian i Greków (86-36 p.n.e.).

Starożytni pisarze mają o Antiochu niewiele do powiedzenia  (wspominają go głównie przy okazji rzymskiej ekspansji na Bliskim Wschodzie). Mimo to możemy spojrzeć na niego tak, jak chciał być widziany – dzięki kompleksowi rzeźb z góry Nemrut, części łańcucha Taurus (dzisiejsza południowo-wschodnia Turcja; ponad 2000 m wysokości).

Na szczycie góry Antioch zbudował trzy tarasy – północny, wschodni i zachodni. Już to było nie lada przedwsięwzięciem, wymagało bowiem skucia znacznej części wierzchołka Nemrutu. Pośrodku góry zbudowano z kamieni wielki kopiec, pod którym najpewniej znajduje się grób Antiocha, a być może i późniejszych królów Kommageny. Pomimo wielu prób, podejmowanych tak w starożytności, jak i dziś, nie udało się jeszcze odnaleźć komory grobowej, która, jak podaje znaleziona inskrypcja, strzeżona  ma być przez groźnego demona.

Wschodni taras zajmują monumentalne (8-10 m wysokości) rzeźby, przedstawiające zasiadające na tronach postaci. Dzięki zachowanym podpisom wiemy, że miały one wyobrażać, kolejno, samego króla Antiocha I, personifikację Kommageny, Zeusa-Oromasdesa (połączenie greckiego i wschodniego bóstwa), Apollona-Mitrę-Heliosa-Hermesa (to nie pomyłka, tak nazywa go inskrypcja) i Heraklesa-Artagnesa-Aresa. W zamierzchłych jeszcze czasach tym kolosom strącono głowy, które dziś leżą u ich stóp.

Źródło: Wikimedia; Fot. Onur Kotacas

Na przeciwko zasiadających na tronach bóstw – i Antiocha, rzecz jasna – stał ołtarz, a za nim platforma, na której ustawiono płaskorzeźby. Choć większość  z nich jest poważnie uszkodzona, można poza wszelką wątpliwość ustalić, że stele te przedstawiały przodków Antiocha I – z jednej strony gałąź perska (nasz król utrzymywał, że wywodzi się od Dariusza), a z drugiej – grecka (Antioch był też ponoć spokrewniony z Aleksandrem Wielkim).

Podobny zestaw rzeźb i reliefów znajduje się też na tarasie zachodnim – mamy tu więc znów zajmujące trony kolosy i licznych, sławetnych przodków Antiocha. Jak widać, król Kommageny chciał się upewnić, że wiadomość, którą chce przekazać – wywodzę się od największych władców, jakich zna historia, zasiadam na równi z bogami – zapamięta każdy. Ażeby dodatkowo podkreślić swój nad-ludzki status, Antioch umieścił na zachodnim tarasie kolejną serię płaskorzeźb, na których wita się z kolejnymi mieszkańcami Olimpu: Apollonem, Zeusem i Heraklesem.

Źródło: Wikimedia; Fot. Peter Klaus Simon

Mało tego, Antioch kazał na tylniej stronie zasiadających na tronach bóstw wyryć wyjątkowo długą inskrypcję (oczywiście w dwóch egzemplarzach, na wschodnim jak i na zachodnim tarasie), która łączy w sobie różnorakie fiozoficzne dywagacje, przywodzące na myśl dzieła kalibru Ruhnamy świętej pamięci Turkemnbaszy (np. „Zrozumiałem, że bycie szlachetnym jest nie tylko największą wartością, jaką pozyskać mogą ludzie, ale i największą radością. To przekonanie umożliwiło mi objęcie tronu i owocne rządy. Przez całe życie jawiłem się poddanym jako osoba mająca respekt dla bogów za największą broń… Dlatego udało mi się uniknąć, wbrew oczekiwaniom, największych niebezpieczeństw, okiełznałem nieprzewidywalne wydarzenia niepozostawiające nadziei, i spędziłem wieloletnie życie w szczęściu”), ze szczegółowym opisem religijnych fesitwali, które miały regularnie odbywać się na szczycie góry Nimrut nie tylko za jego czasów, ale i później, uczestniczyć miały w nich bowiem  ”…wszystkie ludy i pokolenia, które kiedykolwiek będą władać tymi ziemiami”.

Jak widać, Antioch I, władca efemerycznego państewka, miał na własny temat bardzo wygórowane zdanie, widział w sobie nad-człowieka, filozofa, i wielkiego władcę. Niestety, archeolodzy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, co kommageńczycy myśleli o swym pysznym królu, ani jak długo organizowano przykazane święta ku jego czci…

J. Szamałek

PS. Zdjęcia, plany i rekonstrukcje sanktuarium-cmentarza z góry Nimrut można obejrzeć tu i tu.